Grzegorz Januszko o materiale podkomisji dr. Berczyńskiego: „Nie jest trudno ustalić, że oni ich sprowadzali na pewną śmierć”

fot: youtube

Na pewno z jednej strony się niecierpliwię, bo czas się dłuży, a ja chciałbym wiedzieć jaka jest prawda. Czekam, żeby klamka w końcu zapadła i były jakieś końcowe wnioski. Z drugiej jednak strony wiem, że ta praca wymaga staranności i cierpliwości. Podkomisja faktycznie pracuje i na pewno już są jakieś tego wymierne efekty. To, co teraz nam przedstawiono, to na pewno jest materiał bardzo ciekawy i dający dużo do myślenia

— mówi w rozmowie z portalem wPolityce.pl Grzegorz Januszko, ojciec Natalii Januszko, stewardesy na Tu-154M, która zginęła w katastrofie smoleńskiej.

wPolityce.pl: Podkomisja dr. Berczyńskiego nie potwierdza wersji zdarzeń podanych w raportach MAK i Millera. To chyba Pana nie dziwi?

Grzegorz Januszko: Nie, ale to było już wiadome od jakiegoś czasu, że raport Millera i Anodiny po pierwsze bardzo mało różnią się jeden od drugiego, możemy nawet powiedzieć, że raport Millera to taka wersja kopiuj-wytnij-wklej raportu Anodiny. Obydwa też mijają się z prawdą, o czym mówiono na wczorajszym spotkaniu rodzin z członkami podkomisji dr. Berczyńskiego.

Może Pan odnieść się do tego, co usłyszał?

Było trochę nowych spraw, ale dosyć sporo z nich było kontynuacją pracy komisji, która pracowała za czasów, gdy PiS było jeszcze w opozycji. Nie jest tajemnicą, że wiele tych osób współpracuje teraz w ramach państwowej podkomisji. Z tego, co pamiętam władze z różnych uczelni były bardzo nieprzychylne osobom, które angażowały się w prace zespołu parlamentarnego. Te były wręcz szykanowane, a uczelnie odmawiały nawet wynajęcia sali na konferencję. Teraz to chyba trochę się zmieniło. Ci naukowcy nigdy nie mieli czego się wstydzić, dziś nie mają już się czego bać. Pracują, a jakie będą tego rezultaty, to się okaże.

Ale dowiedział się Pan czegoś nowego?

Bardzo wiele z zaprezentowanych ustaleń, to są ustalenia techniczne. Nie mam wykształcenia ścisłego, stąd trudno mi się do nich odnieść. Ale były też ustalenia dotyczące trajektorii lotu, porównanie tego, jak kontrolerzy z wieży naprowadzali Iła, który w końcu nie lądował i jak był naprowadzany tupolew. Nie jestem pilotem ale zdecydowanie to się różniło od tego, co zawarto w raportach MAK i Millera. I nie jest trudno ustalić, że oni ich sprowadzali na pewną śmierć.

Ma Pan wrażenie, że w końcu coś się ruszyło w wyjaśnianiu tej katastrofy?

Na pewno z jednej strony się niecierpliwię, bo czas się dłuży, a ja chciałbym wiedzieć jaka jest prawda. Czekam, żeby klamka w końcu zapadła i były jakieś końcowe wnioski. Z drugiej jednak strony wiem, że ta praca wymaga staranności i cierpliwości. Podkomisja faktycznie pracuje i na pewno już są jakieś tego wymierne efekty. To, co teraz nam przedstawiono, to na pewno jest materiał bardzo ciekawy i dający dużo do myślenia.

Jak odnosi się Pan do kwestii umiędzynarodowienia śledztwa?

Wydaje mi się, że osoby, które się w to angażują nie mogłyby pozwolić sobie, mówiąc kolokwialnie, na firmowanie swoim nazwiskiem dziadostwa. Takie szanowane ośrodki i postaci w świecie nauki, czy to będzie medycyna sądowa, konstrukcja samolotów, czy wszystkie inne dziedziny, nie mogą się ośmieszyć. To pokazuje też, że na pewno jest coś na rzeczy, bo nie angażowaliby się w coś, co jest nieodpowiedzialne i jest z góry skazane na wyśmianie. Co było zresztą dotychczasową taktyką pewnego obozu, który nazywał osoby chcące dowiedzieć się coś więcej sektą smoleńską. A wydaje mi się, że to właśnie tamte osoby zasługują na określenie „sekta pożytecznych idiotów”.

To jest kolejna rocznica smoleńska dla Pana, czy może pierwsza z tych, które przybliżają nas do prawdy o tej katastrofie?

Każda rocznica była bliżej niż dalej. Zawsze miałem takie wrażenie, że to, co najgorsze stało się 10 kwietnia i przez to my teraz musimy przebrnąć. Jest to następstwem tego, co się wtedy wydarzyło i  niestety błędów, które zostały popełnione w sensie oddania śledztwa i pozwolenia na niedbalstwo w badaniach. Krótko mówiąc okłamania nas przez seryjną oszustkę panią Kopacz. Pamiętamy jak mówiła o przesiewaniu terenu, o sekcjach, a to wszystko okazało się kłamstwem. Myślę, że jest pierwszą osobą, która powinna odpowiedzieć teraz na pytanie, dotyczące tych wszystkich badań, czy stoi dziś na stanowisku, że to wszystko, co opowiadała, było prawdą. W tamtym środowisku jest wiele osób, których cała wiedza o katastrofie zawarta była w jednym sms, który dostali parę godzin po katastrofie. Być może była ona wzbogacona jeszcze o jakieś kłamliwe teksty i materiały publicystyczne publikowane np. przez panią Komolkę w TVN 24 o rzekomych awanturach na lotnisku. Niestety ślad tego został i wielu ludzi jest nadal pod wpływem tych kłamstw.

źródło: wpolityce.pl

 

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ