Sutowicz: Polska jest tu, gdzie jest…, i co z tego? Kilka fantastycznych rozważań

flaga polski.jpg

Pytanie, czy Polska powinna wybierać pomiędzy byciem częścią świata zachodniego czy też przynależnością do szeroko rozumianego „wschodu” wraz z konsekwencjami decyzji, generalnie zaczęło już jakiś czas temu być nudne. Część historyków i publicystów od tak dawna młóci bezsensownie ten temat, walcząc przy tym między sobą na śmierć i życie z taką intensywnością, że w zasadzie nie wytwarzają oni w przestrzeni publicznej wiele miejsca na podjęcie kwestii w sposób najbardziej oczywisty, czyli powiedzenie tego, że Polska winna przede wszystkim realizować własne narodowe interesy, a nie wbijać się tam, gdzie ewentualnie zechciano by ją przyjąć, bądź też wzięto by bez pytania zależnie od międzynarodowego układu sił. Suwerenne państwo będące emanacją narodu owszem zawiera sojusze międzynarodowe, ale nie w imię imperatywu zewnętrznego, lecz wyłącznie własnego. Analiza osi geopolitycznych zawsze musi być polsko-centryczna i żadna inna.

Oczywiście, są sytuacje skrajne, w których ratuje się tyle, ile się da, nie oglądając się na suwerenność jako taką. Nasza historia pełna jest przykładów wyborów samodzielnych i tych, które podjęto bez naszej woli, zachowując pozory suwerenności lub nie. Jeżeli jakiś naród może się poszczycić 1000-letnią historią, w której tworzył państwo wielkie, jak i był go pozbawiony, to można w niej znaleźć analogie do wielu kwestii współczesnych.

Obecnie zwolennicy opcji przynależenia Polski do bloku wschodniego zdają się być jakby w odwrocie, przynajmniej na poziomie podejmowania decyzji politycznych. Co nie oznacza, że głosy wzywające do jakiegoś zbliżenia z Rosją całkiem zniknęły. Niemniej, po pierwsze, ze względu na doświadczenia Polski na przestrzeni ostatnich kilkuset lat spotykają się one z pewnym sceptycyzmem społecznym, po drugie, biorąc pod uwagę naturę Imperium Rosyjskiego mogą być traktowane jako nawoływanie do poddania kraju wschodniemu mocarstwu, a więc utratę niepodległości. Podobne niepokoje mogą powstawać w wypadku bardzo intensywnej propagandy na rzecz przynależności Polski do obozu państw zachodnioeuropejskich, w którym kierowniczą rolę odgrywają Niemcy. Bezpośrednio po roku `89 takie obawy podparte doświadczeniem historycznym bywały marginalizowane ze względów oczywistych, obecnie jednak widać, że „wajcha” wróciła do normalnej pozycji patrzenia na sąsiada z zachodu jako możliwe zagrożenie. Stąd wynikają dość entuzjastyczne reakcje społeczeństwa na aktywizację polityczną i militarną Stanów Zjednoczonych zarówno na naszym terytorium, jak i w Europie Wschodniej jako takiej.

Jeżeli spróbowalibyśmy odseparować myślenie o obecnym położeniu Polski od emocji, to układanka z nami w roli głównej staje się ciekawa, acz dość dziwna. Po pierwsze, wojska Stanów Zjednoczonych obecne w Polsce, krajach nadbałtyckich i ogólnie we wschodniej flance NATO nie są siłą mogącą toczyć konwencjonalną wojnę z Rosją, niemniej z pewnością symbolicznie może ich obecność świadczyć o tym, że obszar ten jest dla tego światowego mocarstwa z jakiegoś powodu ważny. Po drugie, obecność militarna raz zrealizowana w każdej chwili może zostać powiększona. Wreszcie po trzecie, fakt, iż amerykańskie siły wojskowe znalazły się u nas za zgodą – entuzjastyczną, jak się wydaje – władz wspartą niewątpliwym poparciem społecznym, świadczy jednoznacznie, że na razie grzebane są jakiekolwiek szanse na to, by w sytuacji globalnego bądź przynajmniej europejskiego konfliktu Polska mogła pozostać krajem neutralnym.

Idąc dalej tym rozumowaniem, należy zadać sobie pytanie, jakie konflikty rysują się u naszych granic, które zmusiłyby zarówno Stany Zjednoczone, jak i Polskę, stojącą ewidentnie u boku tego mocarstwa, do aktywności wojskowej, choćby ograniczonej na terenie czegoś, co możemy nazwać środkowoeuropejskim obszarem działań. Pomysłów w tej kwestii może być wiele, np. kwestia konfliktu ukraińskiego aktywnego udziału Stanów Zjednoczonych w jego rozwiązaniu. Bawiąc się możliwościami, wyjść z tej trudnej kwestii jest kilka. Siły NATO pomagają Ukraińcom odzyskać kontrolę nad teoretycznie zbuntowanymi obszarami czy nawet Półwyspem Krymskim pod pozorem przywracania stabilności i prawa narodów do samostanowienia. Najoczywistszym jest, że taka akcja kończy się konfliktem z Rosją, a jakie scenariusze wynikają z tego faktu, pozostawiam na później.

Być może NATO, a szczególnie Stany Zjednoczone tak naprawdę pogodziły się z tym, że Ukrainy jako całości uratować się nie da i jedyne, co można zrobić, to wziąć udział w podziale łupów w stopniu, w jakim się da. W tej sytuacji trzeba by się z Rosją dogadać tak za pomocą kija, jak i marchewki. Kijem jest wojsko amerykańskie w Polsce, na Litwie, Łotwie i Estonii, a marchewką zniesienie sankcji. W grę mogą wchodzić również deale w innych obszarach geopolitycznych, choćby spowodowanie „pozwolenia” międzynarodowej społeczności na aneksję Mołdawii przez Rumunię, bądź jakaś koordynacja działań względem Chin. Dla Polski sytuacja ta rysuje się dość dwuznacznie, z jednej strony mogłoby się to wiązać z przebudową polityczną i ponownym narysowaniem granic na mapie, w wyniku czego wraz z Węgrami i Rumunią Polacy wzięliby odpowiedzialność za terytoria będące obecnie zachodnią częścią Ukrainy lecz do tego należy dodać  miliony mieszkańców tego obszaru i całą gamę problemów rozmaitej natury jakie się z czymś takim wiążą. Niestety, raz uruchomiona maszyna zmian politycznych tak łatwo zatrzymać się nie da, a pod drugie nikt nie przeanalizował naszych możliwości podjęcia tego wyzwania. Wreszcie po trzecie, gdyby tak miało być oznaczało by to, że nikt już nie traktuje poważnie ukraińskiej suwerenności, co byłoby bardzo znamiennym symptomem naszych czasów.

Inne źródło konfliktu potencjalnie znajduje się bezpośrednio na naszym terytorium. Chodzi mianowicie o tzw. korytarz suwalski, czyli stosunkowo niewielką przestrzeń dzielącą należący do Rosji Obwód Kaliningradzki od Republiki Białorusi, w której stacjonują rosyjskie wojska. Natowska obecność w bezpośredniej bliskości tego niewątpliwie newralgicznego miejsca świadczyć może o chęci odstraszenia Rosji od jakichkolwiek działań, chociaż nie słychać było głosów z jej strony o konieczności budowy eksterytorialnej autostrady czy czegoś podobnego. Można więc również zaryzykować opinię, że problem korytarza jest jedynie pretekstem do innego rozwiązania, np. objęcia amerykańską strefą wpływów Białorusi, a w dalszej konsekwencji również Obwodu Kaliningradzkiego. Patrząc na mapę, wydaje się to zwyczajnie prawdopodobne. Z czym się to wiąże w naszej sytuacji? Niestety, możliwości jest wiele, a wszystkie niebezpieczne.

Możliwe są również inne możliwości układanki w naszej części Europy. Zarówno z Rosji, jak i Europy zachodniej, w tym przede wszystkim z Niemiec, pobrzmiewają głosy, z których można wyciągać wnioski o chęci daleko idącej współpracy gospodarczej pomiędzy imperiami, którą niekiedy w Polsce interpretuje się jako działania realizowane ponad naszymi głowami. Z pewnością Stany Zjednoczone, jako kraj o zapatrywaniach globalnych, nie miałby zamiaru spokojnie patrzeć na powstawanie bloku gospodarczo politycznego od Władywostoku po Lizbonę ani nawet po Hamburg, co jest bardziej prawdopodobne. Dążeniem tego kraju jest, jak się wydaje, bycie jedynym hegemonem. Stąd mogą wynikać działania zmierzające do terytorialnego rozbicia takiego bloku poprzez poparcie nowej siły znajdującej się mniej więcej w środku sugerowanego obszaru. W dalszej konsekwencji dążyłyby one do znacznego osłabienia jednej ze stron chcących być podmiotem owego bloku, który moglibyśmy nazwać euroazjatyckim i wcale nie musi tu chodzić o Rosję. Być może działania amerykańskie tak naprawdę wymierzone są w naszego zachodniego sąsiada, który, w opinii globalnego mocarstwa, próbuje odgrywać zbyt dużą rolę. W polityce, a tym bardziej tej międzynarodowej, często bywa tak, że rzeczy nie wyglądają na takie, jak nam się zewnętrznie przedstawiają.

Polska jest tu, gdzie jest. Nasza siła demograficzna i gospodarcza jest również określona. Na pewno nie mamy realnego wpływu na politykę globalną, jedyne co nam zostaje, to w każdym wyborze politycznym i wojskowym brać pod uwagę nasz interes narodowy, co nam może pozwolić nawet z niekorzystnych zjawisk i wydarzeń międzynarodowych wyciągać jak największe korzyści lub choćby minimalizować straty. Pytanie – na razie retoryczne – brzmi, czy potrafimy to robić, nie emocjonując się i nie uważając własnego chciejstwa za realny byt.

autor: Piotr Sutowicz

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ