Żebrowski: O WYŻSZOŚCI ŚWIĄT WIELKIEJ NOCY

YT print scrn

Profesor mniemanologii stosowanej, niezatartej jeszcze pamięci naszej, Jan Tadeusz Stanisławski (dziesiąta rocznica jego śmierci tuż, tuż, bo 21 IV r.b.), problem ów wniósł na najszerszą publiczną wokandę sądów, co się zowie powszechnych.

W odruchu sentymentu jesteśmy skłonni zaprzeczyć tezie głównej, bo i Boże Narodzenie wywołuje ciepłe drżenie serca, a i dzielniej niż inne uroczystości stawia czoło globalizacyjno-konsumpcyjnej zagładzie kulturalnych odmienności pośród rodziny ludów cywilizacji europejskiej. A jednak…

Wielkanoc

Najprościej jest rzec – zwłaszcza człekowi o liberalno-konserwatywnych poglądach (choć o istocie rzeczy stanowią tu proporcje) – iż modestia nakazuje szanować starszych i pilnie poszukiwać mądrości w tym, co sobą reprezentują. Otóż w chrześcijaństwie takimi właśnie przymiotami, nestorom szlachetnym przynależącymi, legitymuje się nasza Wielkanoc. Ba, przez trzy pierwsze wieki była ona jedynym świętem dorocznym obchodzonym przez ówczesnych chrześcijan. Tryumf Zbawiciela nad śmiercią po kaźni odbierającej wszelką nadzieję sercom upadłym, była wówczas, a i jest dziś, esencją wszystkiego, co dla wyznawców Jezusa ważne być może.

Stąd też wspominając Zmartwychwstanie, właściwie przeżywano corocznie całe jego ziemskie życie i posłannictwo.

Dopiero później różne zdarzenia i aspekty nauczania „się emancypowały”, czego przejawem było też pojawianie się poświęconych im obchodów, rytów i zwyczajów. Samo Boże Narodzenie było stosunkowo późną „nowinką”.

Zresztą i sama Wielkanoc przeszła pewną drogę od judeochrześcjańskich korzeni i w istocie ten związek dziś – nie tak mocno jak powinien – nadal jest zakorzeniony w naszej świadomości, to jest człowieka XXI wieku, słabo wykształconego i niemal wszystko traktującego powierzchownie, i tuszę – nie może ulec anihilacji.

Przypomnijmy dla przykładu, co pisał św. Paweł w liście do Koryntian: „Wyrzućcie więc stary kwas, abyście się stali nowym ciastem, jako że przaśni jesteście. Chrystus bowiem został złożony w ofierze jako nasza Pascha. Tak przeto odprawiajmy święta nasze, nie przy użyciu starego kwasu, kwasu złości i przewrotności, lecz – przaśnego chleba czystości i prawdy”. Widać tu, jak na dłoni, że w pierwszych wiekach chrześcijanie, początkowo sami Żydzi, a i potem czas jakiś dominujący w ich gminach, Wielkanoc obchodzili razem ze świętem Pesach, stosując się do wszystkich tego ostatniego zwyczajów i rytów.

Tu mamy wyraźne odniesienie do usuwania z domu wszelkiego zakwasu, czyli chamecu. Żydzi, uchodząc z domu niewoli, to jest Egiptu, nie przygotowali go zawczasu, więc spożywali niezakwaszone pieczywo (macę) na początku swej drogi do wolności.

Św. Paweł, korzystając z tradycji przedświątecznej krzątaniny przed Pesach, zważywszy na to, z jaką pieczołowitością Żydzi usuwają wszelki chamec ze swych domów, wplata w odwołanie do tych prac przesłanie odnowy duchowej.

Jednak warto podkreślić, że w zasadzie – choć konflikty między synagogą a kościołem są tak długie, jak dzieje młodszej religii – trudno tu było nawet mówić o jakiejś konkurencji, bowiem zasadniczo Wielkanoc i Pascha są bliskimi siostrami. Naród wybrany święci wówczas swe wyzwolenie, nie tylko to historyczne, ale także uzyskanie pełnej niezależności poprzez otrzymanie Prawa. Tym samym dla chrześcijan jest przeżywanie męki Zbawiciela, ale przede wszystkim jego tryumfu nad śmiercią i grzechem, dzięki któremu wyzwolił całą ludzkość.

Ustalenie daty Świąt

Długi czas ważyły się też losy wyznaczania daty święta Wielkanocnego. Jeszcze w II w., głównie związani ze wschodnimi prowincjami Cesarstwa Rzymskiego, Kawadrodecymnianie (od łacińskiego słowa czternasty) upierali się przy jego obchodzeniu w dniu 14. wiosennego miesiąca Nissan, co było prostym nawiązaniem do wydarzeń historycznych.

Temu zaś przeciwstawił się biskup Rzymu, Wiktor I; nb. za jego pontyfikatu, zakończonego śmiercią męczeńską w 199 r., łacina zaczęła dominować w liturgii na Zachodzie. W istocie problem był poważny, w Cesarstwie obowiązywał kalendarz juliański, którego rachuba opierała się na roku słonecznym, podobnie jak jego następcy – gregoriańskiego. Natomiast dla żydowskiej rachuby ważne były także fazy księżyca.

Tymczasem pośród chrześcijan przeważył pogląd, że ich najważniejsze święto powinno wypadać w pierwszą pełnię po wiosennej równonocy. Toteż wspólnoty lokalne zaczęły wykonywać obliczenia samodzielnie, a, by nie wprowadzać chaosu, w poszczególnych diecezjach pojawiły się tzw. listy świąteczne, którymi biskupi zawiadamiali o obowiązujących ustaleniach. Ostatecznie w czasie soboru nicejskiego, odbywającego się w Iconium (dziś w Turcji) w 325 r, ustalono, że Wielkanoc przypadać będzie w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni. Jeszcze w XX w. pojawiały się próby wyznaczenia dla Wielkanocy stałej daty dziennej.

Wówczas, to jest w roku 1913, taką reformę zablokowała Kongregacja Rytów stolicy apostolskiej. Podniesiono wówczas także i to, że w ten sposób dokona się „naturalizacja”, niosąca w jakimś sensie desakralizację pojęciową najważniejszego dla chrześcijan wydarzenia w dziejach świata. Więc do dziś Wielkanoc wędruje po datach obowiązującego już powszechnie kalendarza, podobnie jak jej starsza siostra – Pascha.

Świąteczna oprawa

Co do oprawy owego święta pozwolę sobie oddać głos nie byle komu, bo samemu Aleksandrowi Brücknerowi: „Niedziela Palmowa rozpoczynała Wielki Tydzień największego święta (wobec którego Zielone były tylko świątkami, stąd zdrobnienie) Zmartwychwstania Pańskiego; obrzędy tu najbogatsze.

W Niedzielę Palmową łykano bagniątka, bazie wierzbowe i bito się wierzbiną; z dziatwą wystrojoną prowadzono drewnianego Chrystusa na drewnianym osiołku (…). W Wielki Czwartek (…) zapalano „grumadki” drzewa na rozstajnych drogach w XV jeszcze wieku, aby rodzicom i innym nieboszczykom nogi po zimnym mrozie zagrzać, a wieczorem zastawiano ucztę dla nich i dla uboża, ducha domowego [nawiązując tym do przedchrześcijańskich obyczajów – R.Ż].

W Wielki Piątek słuchano najdłuższego kazania pasyjnego, zasypiając na posadzce kościelnej, tak że kaznodzieja drastycznych nieraz używał środków, aby śpiących i ich ciekawość rozbudzić. Procesje kapników biczujących się w kościele przerażały”.

Mimo że to „tylko” fragment hasła z „Encyklopedii staropolskiej”, aż mnie wstyd bierze, iż tak tu „strzygę” i „wycinam” ów cytat, tak ze względu na bogactwo treści, jak i niebywałą urodę języka oraz składni klasyka historiografii polskiej z niemieckiego rodu.

Wszakoż warto się zastanowić, co pozostało do dziś z bardzo bogatej tradycji Wielkiego Tygodnia i Wielkanocy. Ano, nie tak wiele. Niby krzątamy się, czasem aż nazbyt wiele, koło przygotowań do tradycyjnego śniadania. Już nawet męski obyczaj „jajeczka”, który głównie składał się konsumpcji wysokoprocentowych napojów pod owo „ovo”, choć przecie ważniejsza i tak była serdeczna rozmowa w braterskim gronie.

No, chodzimy ze święconym do najbliższego kościoła i przy okazji na Boży grób zerkniemy, z rzadka go poważniejszym komentarzem zaszczycając. Rezurekcja i tak wcale nie tak wczesna zda się męczeńską pokutą. A z karbidu, czy klucza, już nikt nie strzela, o kalichiorkach nie wspominając, więc może i słusznym zrządzeniem, czasem chińska petarda komuś paluchy pourywa. Jednak generalnie wszystko sprowadza się do napełniania „sprostnych kałdunów” jadłem i napojem.

Gasnące uczucia

Tymczasem pasja jest czymś tak żywo przemawiającym do istoty człowieczeństwa, iż wydaje się, że to wprost niemożliwe, by uczuć nie porywały te wszystkie ciemne jutrznie, ogrojce i męka Boga-Człowieka, by nie rodziły refleksji głębszej ponad wypoczynek całkiem leniwy. A jakież ogromne bogactwo artystycznych dokonań poświęconych temu wszystkiemu, co się wiąże z Wielkanocą. Doprawdy jest co kontemplować.

Oczywiście, zaraz ktoś powie, że nie jest tak źle, że na Zachodzie wystygły całkiem uczucia i wyschły rozumy. Istotnie, bardzo często tak jest (choć nie w Hiszpanii, czy południowych Włoszech) i jest to zdrada, za którą przyjdzie im i nam zapłacić.

Ale jeśli już nie starcza nam szlachetnego animuszu do podniesienia głowy znad roli, warsztatu czy korporacyjnych biurek, to zważmy, ile tracimy.

Oto całkiem nie tak dawno, a jakby przed wiekiem, zasłużony i mężnie sobie poczynający w obronie naszych przebogatych tradycji muzycznych, pieśniarz Adam Strug, któremu towarzyszył na lirze korbowej Mateusz Kowalski, 3 III 2015 r. nagrał „Pieśn o Bożym vmęczeniu nabożna y barzo piękna wsselkiemu krzesciyaninowi potrzebna”. Jej autorem jest błogosławiony Władysław z Gielniowa, zmarły w Wielki Piątek 1505 r. w Warszawie, której też patronuje, aczkolwiek mało kto w stolicy wie o jego wysokiej protekcji, poza wiernymi ursynowskiej parafii.

Powstała ona w 1488 r., a wydał ją w Krakowie Mattheusz Siebeneycher, 70 lat później jako część Kancjonału Zamoyskich. Rejestrację ową na swej stronie internetowej opublikowała wówczas Biblioteka Narodowa… i na tym koniec.

Byłem przekonany, że tylko z powodu przesadnej zapobiegliwości zbieracza wszystkiego, zapisałem to dzieło nieprawdopodobnej urody, najlepszym polskim świątkom równej, bo przecież minie czas krótki i kupię je nagrane na płycie, może jeszcze bogatszej w preteksty do estetycznych i duchowych wzruszeń. Mimo wszystko nie tracę nadziei, że nie wzgardzimy własnym skarbczykiem tradycji i zamiast życzeń dedykuję Czytelnikom „Obywatelskiej” pierwszą strofę Władysławowego dzieła:

 

Jezusa Judasz przedał za pieniądze nędzne,

Bog Ociec Syna zesłał na zbawienie duszne;

Jezus kiedy wieczerzał, swe ciało rozdawał,

Apostoły swe smutne swoją krwią napawał.

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ