Jachowicz: Tusk w Pendolino Sławomira Nowaka i Ewy Kopacz – powtórka z rozrywki?

Przyjazd Donalda Tuska do Polski na przesłuchanie do prokuratury był niewątpliwie najważniejszym happeningiem politycznym tej wiosny. Bo jednak nie wydarzeniem dużej rangi, jaką chciałby mu nadać sam Tusk, sprzyjające opozycji media oraz część członków Platformy Obywatelskiej.

Niemniej jednak „show” jaki zaplanował Tusk, odcisnął swoje piętno na ponownej konsolidacji środowiska „antypisowego”, którego energia i zapał do występowania przeciwko obecnemu obozowi władzy systematycznie słabła. Głównie jednak pojawiły się rysy fałszywe, megalomańskie i groteskowe. Zacznę od tych ostatnich.

Groteska

Czerwonymi kartkami ze sztywnego kartonu, wielkości dużego skoroszytu duża grupa entuzjastów byłego premiera, powitała na Dworcu Centralnym w Warszawie Donalda Tuska który stawił się w stolicy na wezwanie prokuratury, aby zostać przesłuchany w charakterze świadka. Ta czerwień, w trzymających je rękach wzniesiona wysoko ponad głowy, była oczywistą pomyłką.

Kartkami machali radośnie wiwatujący na cześć przewodniczącego Rady Europejskiej jego zwolennicy. Być może nawet entuzjaści Tuska. Czerwień była tu symboliczna, a jednocześnie groteskowa. Każdemu patrzącemu na ten obraz chłodnym okiem nasuwał dwa znamienne skojarzenia. Obydwa kompromitujące adresata. Najpewniej całkowicie przeciwstawne intencjom machającym. Oraz organizatorom tej szopki z czerwonymi kartkami. Bo ktoś musiał je wyprodukować w dużych ilościach albo kupić dostarczyć na dworzec i następnie rozdać w tłumie.

Pierwsze skojarzenie, to szczególne pamiętne dla starszego pokolenia, co nie znaczy, że obecna młodzież inaczej pojmuje tę symbolikę. Kolor czerwony w naszej części Europy na zawsze pozostanie barwą komunizmu. I to właśnie w jego odświętnym wydaniu. Kiedy place, sale teatralne, pochody, akademie ku czci i wreszcie sami ludzi podczas podniosłych dla komunizmu chwil uginali się pod wszechwładne panującym oceanie czerwoności. To kolor krwi klasy robotniczej przelanej na barykadach w walce z przemocą kapitalistów. Po to, aby zrealizować najpiękniejszy cel – zapewnić powszechne szczęście dla wszystkich skrzywdzonych niesprawiedliwością, wyzyskiem, przemocą.

Z pewnością do tej strony czerwieni witający nie chcieliby Donalda Tuska przypisywać. To w jaskrawym świetle pokazuje miernotę zbieraniny, jaka zeszła się na Dworcu. Bo nawet jeśli żenujące widowisko z czerwonymi kartkami jakiś bezmyślny człowiek zorganizował, jak to możliwe, aby ktoś przytomny nie wkroczył, by tę niefortunną sytuację przerwać.

Czerwona kartka od wyborców

Drugie skojarzenie mają ci, a takich jest setki tysięcy, jeśli nie kilka milionów w Polsce, którzy oglądają mecze zachodnich lig piłkarskich. To z tamtych rozgrywek od dziesiątków lat przeniesiona została czerwona kartka w ręku sędziego i pokazana konkretnemu zawodnikowi jako znak jego usunięcie z boiska.

– Ten pan naruszył zasady fair play w takim stopniu, że nie może już brać dalszego udziału w dzisiejszej grze – mówi swoją decyzją sędzia. Zasadę „czerwonej kartki” w ostatnich latach przejęła publiczność. Kibice wymachujący podobnymi kartkami, robią to na znak wyrażanej dezaprobaty wobec trenera swojej ukochanej drużyny. Domagają się jego dymisji jako słabego fachowca, który nie ma wystarczających umiejętności, by kierować ich drużyną.

Co ciekawe, ta nieformalna przecież opinia kibiców, a szczególnie powtarzająca się kilkakrotnie podczas kolejnych meczów, najczęściej brana jest pod uwagę przez władze klubu. Trener napiętnowany czerwonymi kartkami zostaje zwolniony. Idąc tym tropem, trzeba by powiedzieć, że „czerwone kartki” pokazane Tuskowi ma dworcu są nie tylko usprawiedliwione, ale wręcz uzasadnione.

Oczywiście Platforma nie jest partią o zabarwieniu komunistycznym. Ma jednak w sobie tyle elementów lewicowych, a nawet skłonności lewackich, że w sposób wyraźny nawiązuje do kultury, będącej przeciwieństwem tradycji chrześcijańskich. Inaczej mówiąc, jest już nie tylko partią, skupiającą ludzi o „różowej” proweniencji, pojawia się w niej w coraz większym stopniu „fala czerwona”, a przynajmniej całe grupy, broniące interesów byłych komunistów.

Tuskowi i jego partii podczas wyborów 2015 – prezydenckich a następnie parlamentarnych wyborcy pokazali „czerwoną kartkę”. Ale zarówno Platforma Obywatelska jak i sam Tusk nie byli gotowi wtedy, i tak trwa do dziś, przyjąć tego do wiadomości, a tym bardziej zaakceptować. Wspierają ich w tym ich przyjaciele medialni – znane prywatne telewizje, rozgłośnie radiowe, gazety, tygodniki. Zaś ostatnio głośno było o wspierającej ich w tym przekonaniu, potężnej zachodniej firmie, mającej swoją filię w Polsce. Monopoliście, koncentrującym w swoim ręku największy dziennik, tygodnik wrogo nastawiony do zwycięzców ostatnich wyborów w Polsce – prezydenckich i parlamentarnych – oraz taki sam portal o dużym zasięgu.

Słabej opozycji, pod kiepskim przywództwem lidera największej partii opozycyjnej, nawet wychodzące ze skóry media, chcące uśmiercić możliwie szybko PiS, nie mogły wiele pomóc, poza stałym dokumentowaniem własnej ciągłej zdrady dziennikarskich reguł.

Mrzonki

Nic dziwnego, że część opozycji potraktowała przyjazd Tuska do Warszawy jako szanse „przejścia przez Morze Czerwone” do ziemi obiecanej, w której nie będzie władzy PiS. A pierwszym, który będzie ich prowadził , zostanie obecny „Król Europy”.

To on po powrocie z wygnania (przez samego siebie, a ściśle, własnej, tchórzliwej ucieczki od problemów i odpowiedzialności) pokona Andrzeja Dudę w wyścigu do Belwederu. Już sama zapowiedź tego odpowiednio wyeksponowana przez właściwe ośrodki, badające nastroje społeczne i prognozujące wyniki wyborów, wystarczy, żeby rok wcześniej, wygrać wybory parlamentarne i usunąć PiS od władzy.

Odsunięcie to wprawdzie istotny, ale jedynie pierwszy krok do tego aby – jak mówi uczony Paweł Śpiewak – rozpocząć „krwawą vendettę” wobec przywódców obecnego obozu władzy. Ze słynną trójką na czele – Antonim Macierewiczem, Zbigniewem Ziobro i Mariuszem Kamińskim. „Łamanie kołem” rozpocznie się jednak od demona wszelkiego zła – Jarosława Kaczyńskiego.

To jasne, dlaczego spotkać ich musi taki los. Bo Donald Tusk nie przyjechał, aby zeznawać jako świadek w sprawie. Tak powinno być w każdym normalnym, demokratycznym i suwerennym kraju. Ale nie takim, gdzie rządzi PiS.

Sam zainteresowany to zauważył. Jakieś drobne niedopatrzenie w papierach zostaje wykorzystane do prześladowania politycznego. Wyładowania prywatnej obsesji Jarosława Kaczyńskiego na byłym premierze. To nękanie „Króla Europy” już wkrótce – dokładnie za trzy i pół roku – się skończy. „Duda przegrywa z Tuskiem”– ogłosił na pierwszej stronie „Super Express”, przywołując „badanie” ośrodka sondażowego o pięknej nazwie „Pollster”.

Mówiąc zaś poważnie, show jaki zaplanował Tusk, obrócił się przeciwko niemu. Chwilami był żałosny. Kiedy kilka kroków za nim, potykając się o własne niepowodzenia, stąpała za nim Ewa Kopacz. To naprawdę było rozpaczliwie smutne.

A może Tuskowi chodziło o to, aby media mówiły o „triumfalnym wjeździe”, a nie o przesłuchaniu w prokuraturze. Jednocześnie testował przyszłe sytuacje, gdy trzeba będzie zeznawać w aferze Amber Gold. A potem sprawy Smoleńska

autor: Jerzy Jachowicz

źródło: gazeta Obywatelska

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ