Jerzy Zelnik: „Kiedyś sztuka było ścieraniem się dobra ze złem. Warto to przywrócić w kulturze”

Zelnik.png

Kiedyś sztuka było ścieraniem się dobra ze złem, było w niej miejsce dla sumienia, rozpaczano z powodów, które dzisiaj dla cynika nie są żadnym powodem do rozpaczy. Warto to przywrócić ludziom i kulturze

—mówi w rozmowie z portalem wPolityce.pl Jerzy Zelnik, po uroczystości wręczenia nagród Gloria Artis przez Premiera Piotra Glińskiego: Halinie Łabonarskiej, Lechowi Makowieckiemu i Jerzemy Zelnikowi.

wPolityce.pl: W laudacji Piotra Zaremby usłyszeliśmy, że należy Pan do „pokolenia aktorów romantycznych”. Ile Pana zdaniem jest tego romantyzmu w Pana następcach?

Jerzy Zelnik: Myślę, że wbrew pozorom duża część młodych aktorów marzy o czymś więcej niż zaspokajanie podstawowych potrzeb życiowych. Niestety, często poprzestają na życiu serialowym, co wynika z konieczności zapewnienia sobie warunków do egzystencji. Wiele z tych osób marzy, aby w jego życiu zaistniała wartość wyrastająca poza tak przyziemne kwestie jak pieniądze czy sława. Muszę jednak trafić na drodze swojej kariery na reżysera, który będzie potrafił rozdmuchać w tych ludziach żar.

Podczas krótkiego przemówienia wspomniał Pan, że kultura wymaga ożywienia. Co miał Pan na myśli?

Chciałbym, aby było coraz mniej jadu kontrkultury i nudy było obecnym w kinie i teatrze. Po wyjściu z sali kinowej czy z teatru, widz powinien mieć przeświadczenie, że przeżył coś, czego w żadnym innymi miejscu nie mógłby przeżyć. O tym marzę jako widz, że będę obcował z dziełem, które pozostawi we mnie trwały ślad. To byłaby żywa kultura, która nie pozostawia człowieka obojętnym. Często wspominam teatr Petera Brook czy Konrada Swinarskiego, ale trudności mam z wyłuskaniem czegoś ze współczesnego teatru, co by mi towarzyszyło obecnie. Przyznam, że często jestem zmuszony do wyjścia po pierwszej części spektaklu, albo dlatego, że jestem obrażony, albo zanudzany, wolę wtedy wrócić do domu, do czytania książek.

Kultura przegrywa z kontrkulturą?

Jesteśmy świadkami pogoni za próbą ciągłego szokowania widza, za obalaniem dawno obalonych tabu. Moim zdaniem wynika z braku głębi w twórcach i ich pewnej bezradności. Większość twórców nie jest wstanie zaproponować niczego wartościowego, uciekają się do obrażania i do kpiny. Bardzo często spotykam się z ludźmi twórczo bezradnymi, których nie stać na nic innego, niż na oplucie i wykpienie wartości.

Lech Makowiecki, który odbierał razem z Panem nagrodę z rąk premiera Glińskiego, mówił, że mamy sporo do nadrobienia, jeżeli chodzi o opowiedzenie polskiej historii. Zgadza się Pan z tym?

Polska historia jest nadzwyczajna. Można wręcz powiedzieć, że scenariusze na znakomite filmy i spektakle teatralne leżą na ulicy. Nie muszą one przybierać formy drętwych lekcji historii. Posługując się językiem artysty, jesteśmy w stanie przedstawić historyczne wydarzenia w sposób atrakcyjny, a co najważniejsze przystępny.

Czy polityka, aby nie weszła za głęboko w środowisko aktorskie, w kulturę?

To często wynika z wewnętrznego wyjałowienia. Ludzie, którzy nie mają pasji twórczej, którzy bywają niewyżyci zawodowo, zaczynają się solidaryzować przeciwko „czemuś”. Kiedy jednak zapytamy ich, dlaczego są przeciwko „czemuś”, to nie są w stanie odpowiedzieć. Chcą mieć demokrację, ale kiedy spytamy ich o obszary, gdzie tej demokracji brakuje, to usłyszymy, że nie wiedzą. Moim zdaniem demokracji jest wręcz za dużo. Jest coraz więcej bezhołowia i wręcz ulicznej anarchii. Nie jestem za zakazami, ale jeżeli piszę się w teatrze „Klątwa – Wyspiańskiego”, to gdzie tutaj jest Wyspiański? Nie możemy tego robić ludziom, którzy poświęcili wiele lat, aby stworzyć wybitne, wartościowe dzieło, a później imputuje się im cudze pomysły i styl. Kiedyś sztuka było ścieraniem się dobra ze złem, było w niej miejsce dla sumienia, rozpaczano z powodów, które dzisiaj dla cynika nie są żadnym powodem do rozpaczy. Warto to przywrócić ludziom i kulturze.

Rozmawiał Kamil Kwiatek

źródło: wpolityce.pl

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ