Sutowicz: Procedury jako totalitaryzm. „Demokracja bez wartości łatwo przekształca się w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm”

Przy okazji niewątpliwego zamętu w Europie, wywołanego kryzysem ustrojowym, warto odnieść się do najczęściej i najchętniej przywoływanego paradygmatu społecznego, jakim jest „demokracja”.

Ojciec Święty Jan Paweł II powiedział kiedyś, że „demokracja bez wartości łatwo przekształca się w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm”. Wypowiadając taką opinię prawdopodobnie rozważał sytuację, w której procedury, na pozór demokratyczne, nie służą osiągnięciu społecznego konsensusu, ani nie spełniają swej podstawowej roli, czyli realizacji dobra wspólnego, lecz  zostają sprowadzone do zapewnienia czyjegoś interesu jemu z góry wiadomego.  Jeżeli zaś coś idzie nie tak i ktoś lub coś stanie na przeszkodzie takowym zamierzeniom, to nie traktuje się tego jako okazji do bardziej rzeczowej dyskusji, lecz do oskarżeń. Wyborców spotyka wówczas zarzut, że nie dorośli do demokracji i ulegli pokusie populizmu, politycy wybrani „z nieprawego łoża” stają się populistami, a w dalszym ciągu operacji myślowych przekształcają się w totalitarystów najczęściej obdarzanych jakimś dodatkowym przymiotnikiem, i niechby spróbowali udowadniać, że to jest nie tak. Zasada jest tu prosta: wybór wyborem, a władza ma być po „naszej” stronie.

Skoro mówimy o demokracji, to o oczywiście należy sobie zadać pytanie, na czym winna ona polegać? Co tu jest, a co nie jest wartością? Czy większość, np. 51% społeczeństwa, może zadekretować lub odmówić prawa do życia mniejszości złożonej z procent 49. Wszyscy czytelnicy obruszą się na taki postulat, wiedząc, choćby podświadomie, że tak nie wolno. Załóżmy jednak, że ktoś zapyta: dlaczego nie? Oczywiście usłyszy odpowiedź o prawach niezbywalnych, niektórzy posłużą się tu pojęciem prawa naturalnego, którego prawo do życia ma być częścią, i tym podobne logiczne odpowiedzi. Wówczas pytający w ramach szukania sprzeczności w rozumowaniu swego interlokutora być może trzeźwo zauważy, że w ramach obecnego ustroju, w którym przegłosowuje się różne rzeczy, mniej i bardziej ważne, prawo do życia wcale nie jest takie bezwzględne. W krajach chcących uchodzić za bardzo demokratyczne, aborcja a więc zabójstwo człowieka znajdującego się w łonie matki jest dozwolone. Mało tego, kwestionowanie takiego morderstwa jako czegoś w zasadzie niedopuszczalnego jest rzeczą bardzo niemile widzianą, a niekiedy sprzeczną z porządkiem prawnym. Podobne podejście zaczyna obowiązywać w kwestii eutanazji osób chorych i starszych i tylko patrzeć, jak zostanie rozszerzone na krąg wszystkich tych, którzy z prawnego punktu widzenia zostaną uznani za jednostki niezbyt pożądane. Przy czym przyczyny takich kwalifikacji określi demokratyczne oczywiście, a jakże!, prawo.

Z innej strony patrząc, werbalne podkreślanie „demokratyczności” procedur nie zawsze idzie w parze z powagą rzeczy, nad którymi się głosuje. Dla przykładu, czy komuś przyszło do głowy ogłosić wybory na redaktorów naczelnych największych mediów? Przecież bez wątpienia są oni osobami posiadającymi ogromny wpływ na to, co myśli społeczeństwo. Trudno nawet wyobrazić sobie, jakie oburzenie powstałoby, gdyby tego typu propozycja padła z ust poważnego polityka jakiegokolwiek kraju zaliczanego do cywilizacji zachodniej. Z jednej strony poniekąd słusznie większość środków przekazu pozostaje w rękach prywatnych i prawdopodobnie byłoby to jednak naruszenie prawa do własności, lecz z drugiej strony poruszanie się w kręgu spraw społecznych zobowiązuje i na pewno należy zastanowić się, czy winna mieć tu zastosowanie bezwzględnie rozumiana zasada, że klient może przekaz danego medium kupić bądź nie. Bojkot wiadomości można było zastosować na początku stanu wojennego w sytuacji istnienia bardzo spolaryzowanych postaw, a i tak często okazywało się, że odbiorca spadał z deszczu propagandy Jaruzelskiego pod rynnę „Wolnej Europy”, która też miała swoich mocodawców i swoje cele.

Oczywiście, nie tylko decydentów medialnych nie możemy demokratycznie wybierać. Nikt nas nie pyta o urzędników, dyrektorów szkół, listę lektur szkolnych, które miałyby być czytane przez młodzież, a która jest bardzo ważną częścią procesu wychowawczego. Wreszcie, co wydaje się kluczowe nawet w kwestiach, w których głosujemy, każe nam się w decyzjach politycznych nie kierować społecznymi wskazaniami religii, którą wyznajemy. W ten sposób mamy się stać jedynie niewolnikami suchej, ograniczonej merytorycznie procedury, która zamiast być strażniczką naszej wolności, przyczynia się stopniowo do naszego zniewolenia. Przemienia się w totalitaryzm. W takim ustroju nie można o pewnych kwestiach rozmawiać, nie wolno nawet stawiać niektórych pytań. Jedno, co wolno, to wrzucić do urny zaproponowaną przez „wielkiego brata” kartkę, która ma dla nas być złudzeniem wolności. O resztę zadbają ci, którzy wiedzą, co dla nas dobre, a czego powinniśmy unikać. Obyśmy tylko, jako społeczeństwo, nie stali się prowadzonymi na rzeź owcami, którym tylko się wydaje, że idą zmienić pastwisko na takie, na którym trawa jest bardziej zielona, a słońce świeci bardziej przyjemnie niż to, na którym przebywamy obecnie. Totalitaryzm, czy to ukryty czy jawny, zawsze ma na celu instrumentalizację człowieka w imię celu, który właśnie sobie wyznaczył.

autor: Piotr Sutowicz

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ