Sutowicz: Po co komu „Klątwa”?

Kolejne pytanie, które właściwie pełni funkcję zwrotu retorycznego. Spektakl tak bardzo okrzyczany w mediach i rozpalający, jak się wydaje, do białości nastroje społeczne w Polsce, nie jest po nic innego, lecz by wywołać skandal. Na dłuższą metę zaś wraz z całym szeregiem innych tzw. prowokacji artystycznych ma za zadanie obrzydzić ludziom zarówno pojęcie sztuki, jak i jej przedmiot.

Poza tym wszystkim można jeszcze zająć się tzw. celami pobocznymi: Warszawski Teatr Powszechny, decydując się na pokazanie wyreżyserowanego przez Olivera Frljica przedstawienia mającego niby to być adaptacją dramatu Stanisława Wyspiańskiego, powstałego w końcu XIX wieku, stał się uczestnikiem szerszego kontekstu zdarzeń. I tak o polskim „ciemnogrodzie” zaczęto przebąkiwać na Zachodzie. Twórca przedstawieniu o nazwisku dla Polaka w zasadzie niewymawialnym bardzo szybko pomógł tam, gdzie mógł. Lewicowe kręgi różnej maści „wizjonerów” przez jakiś czas miały trochę swojego ulubionego paliwa. Nieco dołożono go też w kontekście tego, że rządzi u nas coś, co „oni” nazywają grupą epitetów kojarzonych z pejoratywnym określaniem prawicy, konserwatyzmem. Przy okazji można było coś tam jeszcze dołożyć. Co prawda dyskurs tak, jak się pojawił, tak przygasł, ale idę o zakład, że za jakiś czas pojawi się następna „klątwa” i kolejna wrzawa. I tak aż do skutku, tzn. do momentu, w którym rzeczy, które pewnym ludziom obojętne nie są, takimi się staną.

Kluczem do przyjrzenia się problemowi w wymiarze krajowym jest to, że jako rzeczywistość ma on wymiar niemal wyłącznie medialny. Jak wiele z czytających ten tekst osób widziało rzeczone przedstawienie? Idę o zakład, że bardzo niewiele. Tak samo zresztą jak dyskutujący na jego temat politycy i piszący o nim publicyści, do których sam się zaliczam. W kwestii formalnej chciałbym natomiast dodać, że nie tylko nie byłem, ale nawet nie wybieram się. Nie muszę być, żeby wiedzieć, o co tu chodzi. Po pierwsze, jedni z nas mają głośno protestować, a drudzy bronić rzeczonego wytworu ludzkiej (jednak) wyobraźni. W ten sposób wytwarza się skandal. Spektakl, o którym mowa, nie jest pierwszym tego typu ani na pewno nie ostatnim. Jest tylko jedną cegiełką, która ma się przysłużyć do rozbiórki budowli, którą nazywamy kulturą. Przynajmniej tą, która zbudowała nasz krąg cywilizacyjny. Nie chodzi o to, że artyści nie mają wytyczać nowych prądów w sztuce tak samo, jak pisarze, malarze i wszyscy ci, którzy mienią się ludźmi kultury. Nie chodzi o to, by teatr zamknął się na wieki wieków i pozostał jedynie miejscem, gdzie spotykają się panowie w eleganckich garniturach i panie w równie szykownych kreacjach. Społeczeństwo stało się egalitarne. Z dorobku współczesnej sztuki powinien każdy móc jakoś skorzystać. Ale, czy jeżeli postawimy na scenie w czasie spektaklu np. wiadro z ekskrementami i w ramach eksperymentu teatralnego pozwolimy widowni podchodzić do niego i zaglądać, to kogoś ubogacimy, dostarczymy mu wrażeń, które go uwznioślą, czy też wręcz przeciwnie, spowodujemy wymioty lub po prostu wywołamy zniesmaczenie? Nie wykluczam, że znajdzie się grupa, która w zachwyceniu stwierdzi, że to jest właśnie to – na takie coś dzieje ludzkości czekały i historia właśnie dobiegła kresu. Wtedy rzeczywiście trzeba uznać, że nastąpiło zjawisko niepokojące i właśnie powinniśmy się martwić o cywilizację.

Bardzo możliwe, że coś takiego faktycznie ma miejsce. Są ludzie, którzy na poważnie pewne ekscesy w sztuce analizują w kontekście postępów estetyki, a być może i moralności. Nie ma się co dziwić, że w związku z tym tzw. większość albo milczy, albo protestuje, albo, co jest najpowszechniejsza postawą społeczną, odchodzi na bok i milczy. Owa większość ma jakiś tam pogląd w dyskusjach wokół ekscesów teatralnych i wybryków różnych „twórców postępu”, ale słysząc dyskusję medialną wokół tego i sposobu, w jaki się odbywa, albo przełącza kanał, albo kiwa głową z politowaniem. Coraz większa grupa społeczna najnormalniej w świecie takiej sztuki ma dość. Skutecznie mu ją obrzydzono i w tym sensie dokonała się rzecz ważna. Zgodnie z ludowym przysłowiem „nie dla psa kiełbasa”, zamiast wraz z historią upowszechniać dorobek kultury szerokim masom, wygenerowano coś na kształt obrzędów, w których połapać się mogą jedynie nieliczni i ogłoszono, że jedynie oni mogą się w tzw. sztuce odnajdywać i na jej temat wypowiadać. Nie jest to rzecz dla prostaczków – oni mogą jedynie za pomocą „przymusowych”, a jakże, podatków za to płacić.

W tym sensie każda następna „Klątwa” spełnia swoje zadanie: odsuwa nas od zainteresowania rzeczywistością teatralną tak, jak każdy skandal w ramach jakiegoś performansu (celowo spolszczone) czyni sztuki plastyczne czymś niedostępnym i niepożądanym dla profanów. Kiedyś w dawnych religiach były rozmaite misteria, w których mogli uczestniczyć jedynie wtajemniczeni. Innym pokazywano jedynie to czy owo i musieli się na to godzić. Po prostu mówiono im, że na więcej nie są przygotowani, nie dorośli do tego. Być może współczesna sztuka stała się taką właśnie religią misteryjną. Ewentualne protesty wynikające z poczucia urażenia estetyki czy moralności łatwo można skwitować komentarzem, że oto właśnie gołym okiem widać, że lud nie dorósł do tego typu doświadczeń i najlepiej, by się od tego typu rzeczy trzymał z dala.

autor: Piotr Sutowicz

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ