Seweryn Blumsztajn w Szwecji, czyli festiwal obwoźnej hipokryzji wyblakłej gwiazdy „Gazety Wyborczej”

TVP

Nie wiem, jaką rolę chce odgrywać w polskim życiu Seweryn Blumsztajn. Sam chętnie wcieliłbym się w rolę suflera, który podpowiada mu pozostanie uosobieniem minionej epoki. Epoki zachwytu nad przegniłym kompromisem, ślepej pogoni za niezidentyfikowanymi „wartościami europejskimi” i powtarzaniem wyuczonych frazesów dyktowanych przez liberalne elity.

Gościnne występy Blumsztajna w Sztokholmie to benefis wyznawcy III RP Świętego Spokoju w pełnej krasie. Tak oto mieliśmy Polskę demokratyczną, wolną, rozwijającą się, ale przyszli źli kaczyści i zamienili tę krainę szczęścia w autorytarne państwo podporządkowane dyktatorowi z Żoliborza.

W wizji Blumsztajna mieliśmy też wolne media, w których panował pluralizm i niezależność, ale pod rządami PiS-u zamordowano również to dziecko kompromisu Anno Domini 1989. Teraz bidulki z „Newsweeka”, „Gazety Wyborczej”, et consortes nie mają reklam spółek Skarbu Państwa, a firmy nie chcą się reklamować, ponieważ „boją się kontroli”. „To jest dramat w tym antyludzkim państwie” – powiedziałby Zbigniew Stonoga, który akurat w tej sprawie staje się stronnikiem nadwornego autorytetu z Czerskiej.

A jak było do tej pory? Czy media, które podważały kreację idyllicznego wizerunku „Zielonej Wyspy” a la Tusk, opływały w dobrobyt? Dziennikarze nieprzychylni PO pracowali w publicznych mediach? Czy reporterzy „Wprost” mogli swobodnie pisać o aferze z udziałem członków platformerskiego rządu? Blumsztajn, mimo zaawansowanego wieku, nie cierpi – o ile mi wiadomo – na Alzheimera, więc powinien pamiętać niedawne przypadki łamania wolności słowa. Chyba, że zagadnienie kończy się dla niego na słynnym TKM. Jeśli są nasi – wolność jest, jeśli wypadają – nie ma swobód.

Niestety Blumsztajn ubiera w swoją plemienną postawę w szaty troski o wolność i niezależność. Nie jest idiotą, więc mogę tylko podejrzewać, że gra kartą hipokryty. Szkoda tylko, że tylu frajerów daje się nabierać. Można powiedzieć, że to ich problem, gdyby nie fakt, że cała banda naiwniaków wyposażona w karty do głosowania staje się groźna.

Nie należę do mafii, nie należę do sekty

– śpiewa Kazik Staszewski.

I to właśnie brak przynależności do jednego z plemion tej obmierzłej polsko-polskiej wojenki sprawia, że słowa Blumsztajna mogą wywołać wymioty. Facet zaangażowany w ostry spór ideologiczny, medialny i polityczny, którego stawką są wpływy i pieniądze, stroi się w piórka niezależnego obserwatora.

Jak widać, nie ma takiej granicy żenady, której nie przekroczyłyby wyliniałe salonowe lwy. Choć akurat nie wiem, czy słowo „lew” jest w tym przypadku adekwatnym

autor: Aleksander Majewski

wpolityce.pl

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj