W Polsce nie ma już totalnej opozycji wobec rządów PiS. Jest totalna histeria, czyli krzyk, wycie i wariactwo

opozycja.jpg

Wycie na wszystko, co robią rządzący ma nawet najspokojniejszych ludzi doprowadzić do skrajności albo do poszukiwania wyciszenia za wszelką cenę.

Opozycja w Polsce nazywa się Histeria. Po co najmniej roku aktywności Histerii tych terminów można używać zamiennie, a wręcz traktować jako imię własne. I choć histeria wiąże się w potocznym rozumieniu z nagłością, rozgorączkowaniem, nieprzewidywalnością i spontanicznością, w tym wypadku jest wręcz przeciwnie. Histeria, czyli opozycja działa z wyrachowaniem, na zimno i systematycznie, a spontaniczność jest teatrem, i to dość nieudolnym, bo aktorom nie bardzo chce się udawać. Histeria Histerii drażni nawet tych, którzy popierają tę występującą jako imię własne. Nie o to jednak chodzi, lecz o stan permanentnego napięcia, ocierającego się wręcz o wariactwo, bo takie napięcie męczy przeciętnych ludzi i chcą się od niego w jakikolwiek sposób uwolnić. Histeria histeryzuje w Sejmie, na ulicy, w mediach, w pracy, lokalnych społecznościach, a nawet w rodzinach. Żeby nie było ucieczki, schronienia czy azylu. Nieprzypadkowo Histeria zaczęła zakłócać miesięcznice tragedii smoleńskiej na Krakowskim Przedmieściu, bo nawet w obliczu powagi i rzeczy ostatecznych ma być gorączkowo i nerwowo. Po prostu uznano, że histeria jest skuteczną metodą działania właśnie dlatego, że amplituda wariactwa doprowadzi ludzi do takiego stanu, że jakikolwiek pokój społeczny będzie uznany za wybawienie, choćby oznaczało to powrót ancien régime’u. I właśnie o powrót ancien régime’u w tym wszystkim chodzi.

Wyjątkową naiwnością jest przekonanie, że obecna władza uniknęłaby dużej części histerii Histerii, gdyby rządzący politycy bardziej kontrolowali to, co mówią, gdyby w rządzie i jego otoczeniu nie było różnych ekstrawaganckich czy egzotycznych postaci, gdyby było mniej wpadek. Te rzeczy to tylko wypełniacz. Gdyby nie było akurat tych, znalazłyby się inne, choćby były kompletnie wydumane czy błahe, aczkolwiek rozdęte do rozmiarów kataklizmu na miarę wybuchu bomby atomowej. Co oczywiście nie znaczy, że obecna władza nie powinna minimalizować wpadek bądź niemądrych wypowiedzi. Strategia opozycji z założenia polega obecnie na tym, żeby polskie życie publiczne było histerią, która nigdy się nie kończy i nie łagodnieje. Przez pierwszych kilka miesięcy funkcjonowania rządu Prawa i Sprawiedliwości opozycja histeryzowała, ale nie stała się jeszcze Histerią, gdyż była wewnętrznie rozbita. Poza tym jeszcze wtedy nie zdecydowano się na to, żeby histeria w 99 proc. wypełniała strategię opozycji. Stosowano wtedy jeszcze klasyczne metody delegitymizacji, bazujące na konkretnych wydarzeniach, funkcjonujących w roli zapłonu czy pretekstu. Ale to się okazało nieskuteczne. Gdy więc Platforma Obywatelska poradziła sobie ze zmarginalizowaniem pozostałych opozycyjnych ugrupowań, stała się Histerią w obecnej postaci. W rzeczywistości w Polsce mamy obecnie do czynienia nie z totalną opozycją, lecz z totalną histerią, co oznacza, że opozycja po prostu stała się Histerią.

W totalnej histerii nie chodzi o jakikolwiek fakty, niuanse, subtelności czy dystynkcje (w znaczeniu cech wyróżniających), lecz o przeciągły krzyk, a wręcz wycie. Takie, które kompletnie rozstraja. W wielu eksperymentach krzyk czy płacz dziecka, od którego nie można się było uwolnić, po jakimś czasie wywoływał agresję i przemoc nawet u kochającej to dziecko matki czy u ludzi bardzo spokojnych i zrównoważonych. Po jakimś czasie byli tak rozstrojeni, że uciekali się do agresji i przemocy, żeby tylko zaznać spokoju. Strategia totalnej histerii właśnie do takich sytuacji i reakcji się odwołuje. Nieustanny krzyk, a wręcz wycie na wszystko, co robią rządzący ma nawet najspokojniejszych ludzi doprowadzić albo do skrajności, albo do poszukiwania wyciszenia za wszelką cenę. To w pierwszej kolejności pobudza ludzi, którzy nawet bez takich bodźców nie potrafią nad sobą panować. I ci pobudzeni mają drażnić kolejne osoby, żeby nakręcała się spirala gniewu, nienawiści, a ostatecznie agresji. Jak to działa, pokazał Ingmar Bergman w swoim znakomitym, acz chyba niedocenionym filmie „Jajo węża” (1977 r.). Akcja rozgrywa się w listopadzie 1923 r. w Berlinie i jest echem nieudanego monachijskiego puczu Adolfa Hitlera.

Problemem strategii totalnej histerii jest to, że ona uderza nie tylko w znienawidzonych politycznych wrogów, lecz w każdego. A w pierwszej kolejności w tych, którzy ją stosują. Bo to oni przede wszystkim tracą kontakt z rzeczywistością. Po cynikach w rodzaju Grzegorza Schetyny, Tomasza Siemoniaka, Sławomira Neumanna czy Marcina Kierwińskiego to wszystko spływa, bo dla nich najważniejsze jest to, żeby cyrk histerii się kręcił. Jednak na niższych poziomach totalna histeria już rozstroiła wielu wyznawców i żołnierzy, i wszystko to zmierza do jakiegoś nieszczęścia. Z powodu amplitudy wariactwa, czyli histerii Histerii. Jeśli animatorzy tego wariactwa nie chcą się rozejrzeć dookoła i dostrzec tego, niech może obejrzą na początek „Jajo węża”. I może mistrz Ingmar Bergman przekona ich, że strategia totalnej histerii nie daje żadnych zysków, lecz wszystko i wszystkich niszczy. Chyba że o takie totalne niszczenie chodzi.

autor: Stanisław Janecki

źródło: wpolityce.pl

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj