Taśmy Sowy, czyli spektakularny upadek kolejnej medialnej wydmuszki. Tylko kto go wyniósł na piedestał?

Zawsze zachodziłem w głowę, jak gość pokroju ks. Kazimierza Sowy może być lansowany na rzutkiego biznesmena i bystrego dziennikarza. Nigdy nie sprawiał wrażenia człowieka, którego cechy pozwalałyby na zajmowanie tak wysokich stanowisk, jakie przyszło mu pełnić.

Wystarczy spojrzeć na dotychczasowe osiągnięcia ks. Kazimierza Sowy. W żadnym z mediów, którymi kierował, nie odniósł sukcesu. Ba! Można powiedzieć, że każda większa inicjatywa, której przewodził duchowny bez koloratki, kończyła się spektakularną klapą. Tak było w Radiu Plus, w podobny sposób zakończyła się jego przygoda z kanałem Religia.tv – i to mimo olbrzymiej promocji i sporego zaplecza.

Mimo to, ks. Sowa nie był przedstawiany jako parias, lecz rzutki biznesmen, „ludzka twarz” polskiego kleru, itp., itd. Po prostu Kazek! Wyluzowany gość, który jest gotów wypowiedzieć się na każdy temat w gościnnym TVN-ie. Nawet jeśli plótł niestrawne androny, zawsze był przyjmowany w charakterze niekwestionowanego eksperta.

Co wynika z taśm? Być może nie powinienem kopać leżącego… Być może. Ale nie mogę pozostać obojętnym, gdy facecik, któremu pomyliły się role, pozujący na tolerancyjnego salonowca, szarżuje z postulatami godnymi rasowego totalniaka.

Nie polemizować, niszczyć

– grzmiał ks. Sowa na temat jednego z prawicowych tygodników.

Tego nie da się wytłumaczyć. Antymidas polskich mediów, który sam nie potrafi określić swojego statusu, pokazał swoją prawdziwą twarz – twarz intryganta sugerującego najbardziej podłe rozwiązania, który skrywa się za murem układów i układzików zaprzyjaźnionego środowiska politycznego.

Bo czy bez tychże konotacji Kazimierz Sowa mógłby liczyć na tak natarczywy lans? Wątpię. Był po prostu wygodny jako osoba autoryzująca demoliberalny przekaz. Nawet jeśli sam nie sprawiał wrażenia osoby szczególnie błyskotliwej, o czym świadczy choćby brak zdolności skonstruowania logicznego ciągu słów czy wychodzące spod jego ręki posty na Facebooku.

Mam tylko nadzieję, że środowiska, które epatują hasłem „Niech księża nie mieszają się do polityki!”, będą konsekwentni. Trudno bowiem o bardziej jaskrawy przykład zaangażowania katolickiego (jakby nie było) księdza w sprawy publiczne. I to bynajmniej nie w charakterze niestrudzonego ewangelizatora.

Jak pisał Ersnt Jünger, „upadłe ołtarze są siedliskiem demonów”. Mam nadzieję, że nadszedł czas odbudowy. Dość już tych demonów niekompetencji, pozerstwa i układzików…

autor: Aleksander Majewski

źródło: wpolityce.pl

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ