Kordian – echa romantyzmu w dzisiejszym świecie (recenzja)

MP Kordian, czyli panoptikum strachów polskich

Romantyzm był wspaniałą epoką, obfitującą w dzieła sztuki i trupy. Ród artystów – porwany duchem uczuć – zawzięcie pisał, malował i grał, tworząc obrazy ognistych, samodzielnych bohaterów; budując dzieła wyzwalające w odbiorcy szczególne emocje, zdolne zaprowadzić człowieka do walki, do miłosnych dolin, a nawet na skraj grobu.

„Kordian, czyli panoptikum strachów polskich”, w reżyserii i opracowaniu Adama Sroki, jest współczesną realizacją „Kordiana” – płodu jednego z największych romantyków: Juliusza Słowackiego. Zgodnie z założeniami romantyzmu tematy istoty życia, prawdziwej miłości, materialnego spaczenia, niepewności losu po śmierci, niezrozumienia, samotności i walki za wolność zostały wyniesione na scenę przez bohaterów, przez aktorów pałających uczuciem. W samego Kordiana – jego starszą postać, a zarazem narratorskie lico, wcielił się Dariusz Bereski, od którego emocje wprost biły, gdy drżał, gdy przemawiał, kiedy siłował się; nawet kiedy zamierał w pozornym bezruchu u krańca proscenium, to oczy miał żywe, pełne zaangażowania. Drugą zaś – młodszą – odsłonę głównego bohatera przyjął na siebie Igor Chmielnik, a jego Kordian jawił się jako porywczy i śmiały młodzieniec, niemający niestety szczęścia w miłości – ani ze strony Laury (Dominika Figurska), ani od Wioletty (Monika Bolly). Aktor świadomie zwracał się w swym wcieleniu ku uczuciom, choć nie ustrzegł się chwilami pustych, przekrzyczanych kwestii.

Obie te strony medalu, dwu Kordianów, obracało się wśród scenografii dość symbolicznej i skromnej, która – choć daleka od moich opływających w przepych, górnolotnych wyobrażeń o realizacji tego niescenicznego, w założeniu przynajmniej, dzieła – była w istocie rozwiązaniem ciekawym i skutecznym. Zaskoczył mnie jednak brak osobnych postaci dla papieża z papugą i cara – ci otrzymali bowiem swoje kukły, którym odpowiednio podkładano głosy: papieża „dubbingował” sam Dariusz Bereski, papugę Ewa Kamas zaś cara Sebastian Ryś. I o ile w przypadku papieża z papużką, których wątek od podstaw ma pewną wiązkę komizmu, to wyjście zadziałało, to przy carze nie pozwoliło jednak na wyciągnięcie charakterystycznych cech postaci, a wręcz uczyniło ją nieobecną. Na szczęście reszta bohaterów, a więc Prezes (Stanisław Melski) i inni spiskowcy oraz waryjaci (Sebastian Ryś i Rafał Kronenberger), tudzież elegancki ksiądz (Marian Czerski) czy też strach i imaginacja (Iwona Kucharzak-Dziuda i Aldona Struzik), była już z krwi i kości, sumiennie wykonując swoje role.

Jednakże poza przestrzenią był przecież także czas. Stwierdzić tutaj mogę, iż akcja szła dość wartko, tematy obecne w dramacie zostały przykładnie przedstawione. Lecz, pomimo sprawnego ukazania treści „Kordiana”, zabrakło niektórych elementów scen, w tym point, a także całej sceny koronacji cara, o jakiej tylko wspomniano, a która miała w utworze Słowackiego niesamowicie symboliczną konstrukcję.

Jeszcze jedną rzeczą, jakiej się tknę, niech stanie się muzyka. W spektaklu usłyszeć można walc a-moll Chopina, który sam był twórcą romantycznym, toteż charakter jego tonów wpasowuje się doskonale w całość widowiska. Poza tym użyto fragmentów kompozycji zespołu Coil oraz duetu Boards of Canada – wniesiono tutaj pewien powiew muzyki nowoczesnej. Działanie interesujące, ale też trochę niebezpieczne, jakkolwiek sądzę, że nie spowodowało żadnej ujmy, choć też najlepszego wyboru w tym nie dokonano.

Jakże więc wygląda romantyzm w dzisiejszym wydaniu? Po realizacji Teatru Polskiego mogę rzec, że piętno epoki wciąż trwa, nie zostało w jakiś abstrakcyjny sposób przemielone, lecz w ciekawej burzy pomysłów, kanonów i nowoczesnych zagrań, doprowadzone przed oblicze widza. I ja – widz – chociaż wciąż nie upojono mnie i nie wgnieciono w fotel, to wyszedłem zadowolony. Czasu spędzonego nie żałuję, a spotkanie się z tą sztuką z pewnością nie zaszkodzi nikomu, bo widowisko to zawiera w sobie piękno, intrygującą grę aktorską, a także morały i naukę, jaką każdy może w osobisty sposób odebrać.

autor:   Stanisław Woźniak

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ