Henryków: Skarby cystersów czekają…

foto: http://www.henrykow.eu

Co roku, na początku lipca, mała miejscowość Henryków w gminie Ziębice staje w centrum uwagi Dolnego Śląska, a nawet kraju. Dzieje się to za przyczyną cyklicznej imprezy promującej szlak cysterski szeroko reklamowanej w mediach.

Tak też było i w tym roku – zaproszenie do zwiedzania opactwa połączono z Nocą Kościołów. W sobotę wieczorem zaproszono chętnych na koncert muzyki kameralnej zorganizowany w związku z obchodami roku chopinowskiego, po nim odprawiono w rycie trydenckim Mszę św., a gdy już się ściemniło – rozpoczęto nocne zwiedzanie obiektu – spacer po kościele, klasztorze i pustelni księdza kardynała. Następnego dnia w dalszym ciągu trwało zwiedzanie obiektu, odbywało się wiele imprez towarzyszących – występy, koncerty, panel dyskusyjny. Jednym słowem – nikt się nie nudził. Warto dowiedzieć się o kilku ciekawostkach, które kryje klasztor henrykowski, bo trwają wakacje i można w każdej chwili wybrać się na niezwykły letni wypad do krainy cystersów…

Tajemniczy fundator…
Okazuje się, że „bycie fundatorem” opactwa nie jest proste i należy się wykazać wcześniej bogatym rodowodem. Przekonał się o tym Mikołaj – naczelny notariusz księcia Henryka Brodatego, który mimo, iż wywodził się z niezbyt szlachetnego rodu, dysponował wieloma bogactwami. Zacny Mikołaj postanowił swoje dobra spożytkować, fundując jakieś pobożne zgromadzenie, a jego wybór padł na cystersów. Cały szkopuł tkwił jednak w tym, że pracodawca Mikołaja – Henryk Brodaty – liczył na całkiem pokaźny spadek po nim i Mikołaj obawiał się, że jego decyzja nie przypadnie księciu do gustu. Zorganizował więc bogate przyjęcie w Henrykowie na cześć księcia, a kiedy ten wprawił się już w „dobry nastrój” przedstawił mu swój pomysł. Henryk Brodaty łaskawie zgodził się na fundację, pod jednym wszak warunkiem – oficjalnym fundatorem zostanie jego syn i następca – Henryk Pobożny – co też się stało.

W 1227 roku przybyli do Henrykowa cystersi z Lubiąża i pozostali do kasaty zakonu w roku 1810, aby znów powrócić tutaj w 1946 roku i zostać do dziś.

W ławce wśród aniołów…
W tajemniczym wnętrzu kościoła uwagę przykuwają przepięknie rzeźbione stalle zdobiące ławy dla wiernych. Bogato zdobione, pełne postaci aniołów, papieży, kardynałów, biskupów uzupełnione scenami z życia Chrystusa, wykonane z drewna lipowego i dębowego. Nawet, kiedy siedzi się w nich samemu, ma się nieodparte wrażenie sąsiadującego tłumu… Powiew historii czuje się przy mauzoleum Bolka II Ziębickiego i jego żony Juty – jednym z najstarszych w Polsce nagrobków podwójnych.

Niesamowite historie…
W Henrykowie co krok czekają niesamowite opowieści i historie: w Sali Żółtej znajduje się ozdobne krzesło na którym siadywała podobno św. Jadwiga. W Sali Dębowej znajduje się boazeria kryjąca rozmaite schowki i tajemne przejścia.

Przepiękne wnętrze zakonnej jadalni miało rekompensować mnichom ubóstwo posiłków – cystersi nie jadali mięsa, nie używali pieprzu, cynamonu – co według nich prowadziło do rozwiązłości. Mnisi żyli według zasady ora et labora (módl się i pracuj) i w skromności i pokorze budowali gospodarczą potęgę. Hodowali ryby, owce, bydło, uprawiali całe połacie ziemi.

W pomieszczeniach klasztoru znajduje się mnóstwo pamiątek i trofeów oraz prezentów przekazanych przez lata posługi księdzu kardynałowi Henrykowi Gulbinowiczowi – dzięki któremu Henryków wygląda tak okazale i nieustannie się rozwija. Czasem, przy odrobinie szczęścia, podczas zwiedzania, można spotkać w Henrykowie charakterystyczną postać eminencji, który szczerze ukochał to miejsce.

Na strychu opactwa znajduje się ogromne drewniane koło – część dawnego mechanizmu dźwigowego. Obracały je krowy, które chodziły w ich wnętrzu tak, jak dzisiaj chomiki w karuzelach. Za pomocą dźwigu wciągano na strych ziarno, siano lub inne ciężkie rzeczy. Z Henrykowa również pochodzi zabytkowa srebrna monstrancja, ważąca osiem kilogramów, w kształcie drzewa Jessego, która obecnie znajduje się w muzeum we Wrocławiu. Po zakończeniu ostatniej wojny przejęli ją sowieccy żołnierze i sprzedali za kanister wódki kłodzkiemu antykwariuszowi, który zwrócił ją do Henrykowa. W zakrystii kościoła parafialnego można zobaczyć przepiękną zabytkową szafę z 48 malutkimi szufladkami – swoisty prototyp komputera. W opactwie czeka jeszcze jedna atrakcja – odkryte niedawno gotyckie portale, które przez kilkaset lat zasłonięte były prawie półmetrową warstwą tynku! – okazuje się, że podłoga kiedyś była położona o ponad metr niżej niż dziś. Co jest jeszcze niżej? Nie wiadomo…

I kudłate, i łaciate…
Mało kto wie, że na terenie opactwa znajduje się malutkie minizoo, gdzie można spotkać dziki, sarny, strusie, świnki wietnamskie, konie i osiołki. Szczególnym mieszkańcem henrykowskiego zwierzyńca jest osioł o wdzięcznym imieniu Julek – ulubieniec księdza kardynała Henryka Gulbinowicza. Jest to zwierzątko, które wypożyczono do organizowanej przed laty żywej szopki w jednym z wrocławskich kościołów. Okres bożonarodzeniowy się skończył, a po osiołka nikt się nie zgłosił… Julek trafił więc do zagrody w Henrykowie, gdzie jest ulubieńcem zwiedzających – na swoje imię reaguje radośnie głośnym rykiem!

Pierwsze polskie kłopotliwe zdanie…
Henryków słynie w kraju i poza jego granicami słynną Księgą Henrykowską spisaną przez opata Piotra, zawierającą pierwsze zdanie zapisane w języku polskim. Zdanie brzmi: Day, ut ia obrusa, a ti poziwai, co można przetłumaczyć: Daj niech ja pomielę na żarnach, a ty odpoczywaj. Zdanie to zostało wypowiedziane przez mężczyznę, który pojął za żonę „chłopkę grubą i niezdarną”, która sporo czasu stała przy żarnach mieląc i strasznie się przy tym męcząc. Tak oto, aby jej ulżyć, mąż często pomagał jej w mieleniu, co w ówczesnych czasach uważane było za niegodne miana mężczyzny. Według opowiadań chłopa zaraz nazwano Brukałą (zbrukanym) a potem całą osadę Brukalicami. Ech, żeby wówczas wiedział, że będzie się o nim mówić jeszcze ponad 700 lat później – łatwiej byłoby znieść docinki sąsiadów…

Henryków czeka
W Henrykowie w czasach świetności zamieszkiwało ponad 300 cytersów, których, z uwagi na kolor habitów, nazywano białymi mnichami. Dziś jest ich już tylko kilku, ale przybyli nowi – przyszli księża diecezjalni, którzy w murach opactwa przeżywają swój pierwszy rok przygotowawczy do sakramentu kapłaństwa, tzw. annus propedeuticus. Wraz ze swym przełożonym, gospodarzem obiektu – ks. Janem Adamarczukiem czekają codziennie na turystów chcących zgłębić cysterskie tajemnice…

autor: Barbara Rak

źródło: Nowe Życie

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ