Łapanka PO. Po nokaucie w Przysusze Schetyna liczy na 2 mln ludzi w Warszawie i wyskakiwanie rządzących z okien

fot. twitter.com/Platforma_org

To był nokaut. Kongres PiS całkowicie przyćmił Radę Krajową PO. Pierwsi mówili o przyszłości i przedstawili konkretne cele do zrealizowania, drudzy, jak zwykle, ograniczyli się do zbiorowego straszenia z cyklu: „PiS jest dziki, PiS jest zły, PiS ma bardzo ostre kły”…

Po tej konfrontacji nikt chyba nie ma wątpliwości, że największa partia opozycyjna z jej dążeniem do przywrócenia tego „jak było”, wygląda jak na marach: bez idei, bez koncepcji, z kierownictwem, któremu – jak tak dalej pójdzie – pozostanie jedynie wygłoszenie formułki: sztandar wyprowadzić… Z punktu widzenia PO, w kraju dzieje się źle, bo dzieje się… dobrze. Wskaźniki gospodarcze są znakomite, bezrobocie zmalało do niespotykanego wcześniej poziomu, budżet się „spina”…, i jeszcze ten Trump przyjeżdża… No, „jak żyć…?!”, że zacytuję słynne pytanie sprzed kilku lat zrozpaczonego rolnika i to akurat z Przysusze do wówczas premiera Donalda Tuska. PO zaserwowała kolejną dawkę antypisowskiej bryi, którą posługuje się od 2005 roku. Nawet najwięksi zwolennicy Platformy pojękują po kątach, że Rada wypadła we wczorajszej konfrontacji nadzwyczaj mizernie. Różnica klas między partią rządzącą a rzekomo największą siłą opozycji ujawniła się z całą jaskrawością.Można rzec, sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało. Skoro poza straszeniem PiS-em w kraju i poza granicami oraz prowokowaniem ulicznych konfliktów PO nie ma żadnej oferty programowej, po co w ogóle organizuje swoje żałosne „rady”…? Chyba jedynie po to, by utwierdzić polskich wyborców, że dla partii Jarosława Kaczyńskiego nie ma dziś alternatywy.

To z jednej strony dobrze, ponieważ PiS może bez większych przeszkód kontynuować (z realną perspektywą rządzenia w następnej kadencji), naprawę państwa, co PO nazywa „psuciem”, ale z drugiej źle, gdyż w demokracji konstruktywna opozycja jest pożądana i wręcz niezbędna. Tymczasem są to płonne nadzieje, Platforma nie potrawi zrzucić wyświechtanego garnituru, jej liderami pozostają zgrane, po części skompromitowane postaci oraz peru nowicjuszy, grających jak im starszyzna każe.

Niebezpodstawne są zatem dygresje prezesa na kongresie w Przysusze o konieczności wzmożonej samokontroli. Kolejny egzamin czeka partię Jarosława Kaczyńskiego już za kilka dni. Poważny egzamin, bowiem „opozycja” (cudzysłów zamierzony), usiłuje zastawić kolejną pułapkę: w świat ma pójść przekaz o rzekomej putinizacji życia w Polsce przez rządzących, z pierwszoplanową rolą wyciągniętego z lamusa Lecha Wałęsy na planowanej kontrdemonstracji na Krakowskim Przedmieściu. W państwie prawa nielegalne blokowanie zgłoszonej, legalnej manifestacji powinno być zlikwidowane przez służby porządkowe. Sprawa jednak nie jest taka prosta, bowiem wyjałowionej programowo PO na niczym innym bardziej dziś nie zależy, niż właśnie na przekazie, że oto „ikona” Solidarności – pokojowy noblista jest szykanowany, wynoszony, a najlepiej pobity przez policję kaczystowskiego reżimu.

Zastawiane przez PO sidła są wyjątkowo perfidne. Jeśli wszyscy są równi wobec prawa, obywatela Wałęsę powinny spotkać takie same konsekwencje jak każdego innego. Rzecz jednak w tym, że nazwisko byłego przywódcy ruchu związkowego, który zapoczątkował upadek komunizmu, znane jest na całym świecie, chce ktoś czy nie, jest symbolem. Prawne retorsje, choćby najbardziej uzasadnione, miałyby wydźwięk całkowicie sprzeczny z rzeczywistością i retoryką „totalnej opozycji” o rzekomym gwałceniu demokracji w Polsce.

Nikogo w świecie nie obchodzi, czy PiS ma jakiś program, ani sukcesy gospodarcze rządu premier Beaty Szydło, ale wzmacnianie pozycji naszego kraju na arenie międzynarodowej już tak, i to bardzo. Zagranicy, obojętnie, w Moskwie, w Berlinie czy Paryżu, rosnące znaczenie Polski nie jest na rękę, wygodny byłby taki rząd, który bez szemrania podporządkowywałby się celom wytyczanym poza Warszawą. A w tej grze Wałęsa może okazać się przydatnym… „elementem”. Równie niebezpieczne byłoby przymykanie oka na jawne prowokacje, jak np. Władysława Frasyniuka, który podczas blokady w ubiegłym miesiącu pozwalal sobie na bezczelnie uwagi do funkcjonariuszy policji: „To prawo, które was obowiązuje, mnie nie obowiązuje jako obywatela, tak jak w stanie wojennym”, odmawiał im podania nazwiska i okazania dokumentów. Prawo i Sprawiedliwość znalazło się w klinczu. Kongres był sukcesem, ale gra toczy się dalej. PiS stoi przed niełatwym zadaniem wykazania, jakkolwiek to zabrzmi, z pomocą samej „opozycji”, że to nie jego rząd „przesuwa na wschód” i cofa Polskę w przeszłość.

„Razem z Lechem Wałęsą i Władysławem Frasyniukiem na kontrmanifestacji miesięcznicy smoleńskiej 10 lipca 2017, nie może Was zabraknąć. To się dzieje teraz!”…, rozpowszechnia w internecie były przywódca Soliadrności wpis stowarzyszenia „My naród”.

„Ja wierzę w intuicję Lecha Wałęsy, prezydenta Lecha Wałęsy, on mówił, że pojawi się w Warszawie na demonstracji wtedy, kiedy będą 2 miliony ludzi, wierzę, że to jest ten czas”, podgrzewa atmosferę za pośrednictwem radiowej „Trójki” przewodniczący PO Grzegorz Schetyna. Liczy na „wyskakiwanie z okien” członków rządu? „Nawet legenda Solidarności nie powinna być ponad prawem, tylko powinna tego prawa przestrzegać. (…) Liczę na to, że policja w ramach prawa będzie to prawo egzekwowała od wszystkich”, zapowiedziała rzeczniczka PiS Beata Mazurek. Pomijając fakt, że szef PO, oczekujący w „ten czas” na 2 mln ludzi, żyje w urojonym świecie, chyba, że zbierze ich z łapanki, służby porządkowe muszą zachować szczególną rozwagę. Przede wszystkim nie dać się sprowokować, na co tzw. totalna opozycja liczy, totalna opozycja wykańcza się sama…

autor: Piotr Cywiński

źródło: wpolityce.pl

PODZIEL SIĘ

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ