Irena Tyszecka : wpadło 20-stu banderowców kazali się położyć na podłodze twarzą w dół

Irena Tyszecka

Irena Tyszecka, ur. 1938 roku we wsi Uszyce na Wołyniu, w majątku dziadków ze strony ojca. Tyszeccy na Wołyniu osiedlili się w XVII wieku. Pierwsza wzmianka o rodzinie datowana jest w roku 1648 w Herbarzu Polskim. Były to czasy podbojów tureckich, tatarskich i kozackich. Polacy, mimo , że byli na swojej ziemi, często musieli z niej uciekać. Ale też wracali. Nauczyli się żyć w trudnych warunkach, nauczyli ukrywać i wykorzystywać sytuację w jakiej znaleźli się aby przeżyć. Na Wołyniu panował klimat kontynentalny. Ludzie byli przyzwyczajeni do upalnego i bezdeszczowego lata, oraz mroźnych i bardzo śnieżnych zim. Te specyficzne warunki hartowały i miały duży wpływ na losy bohaterów z wołyńskiej krainy – o której Stanisław Stempowski w swoich wspomnieniach pisze: “jak okiem sięgnąć, równina czarnej, aż granatowej ziemi z gdzieniegdzie obnażonymi skałami wapiennymi”.

Majątek w Uszycy był własnością dziadków po obu stronach – Tyszeckich i Jaworskich – a pierwsze o tym wzmianki można znaleźć w Słowniku Geograficznym Królestwa Polskiego z 1928 roku. Z kolei majątek rodziców Ireny Tyszeckiej usytuowany był w tej samej wiosce, co majątek dziadków, dzieliło ich tylko 3 km. Był wybudowany nowy dom i zabudowania gospodarskie, i bardzo dużo zwierząt. W gospodarstwie były nowoczesne maszyny rolnicze, niektóre sprowadzone nawet z Kanady. Obydwie rodziny zatrudniały w swoich gospodarstwach Polaków. Przyjeżdżali z Polesia na wiosnę, wozami z całymi rodzinami a wyjeżdżali jesienią, z pieniędzmi i zbiorami. Młodzi Tyszeccy jeszcze mieli młyn i ziemię, którą obsadzali zbożem. Młyn obsługiwał Ukrainiec. Tuż przed Bożym Narodzeniem ’40 roku powiedział, że jedzie do Lwowa na partyjny zjazd. Jak wrócił, opowiadał co na nim się działo i, że wkrótce zaczną się wywózki na Sybir.

Rodzice Ireny Tyszeckiej wiedzieli co to oznacza, tym bardziej, że część rodziny ze strony dziadka była na zsyłce po Powstaniu Styczniowym. Wiadomo było co trzeba ze sobą zabrać i jak przygotować się na wypadek niespodziewanego wyjazdu. Zaczęli suszyć chleb i skórki od wyszorowanych ziemniaków. Przygotowali worki z kaszą, wędzoną słoninę, cebulę i wiele innych produktów. Po wioskach rozchodziły się wiadomości, że dorosła osoba może wziąć 30 kg, a dzieci tylko po 15 kg całego bagażu, czyli dla rodziców przypadało 60 kg, dla Ireny i siostry 30 kg. Jednak Tyszeccy stwierdzili, że z takimi zapasami nie przeżyją. Ojciec zdecydował, że przeniosą się do majątku jego rodziców, którzy mieszkali też w Uszycach ale 3 km dalej od młyna.

Od tego momentu musieli bardzo uważać na Ukraińców którzy coraz jawniej i brutalniej zachowywali się wśród Polaków. Wkrótce okazało się, że mieszkanie u dziadków jest zagrożeniem dla wszystkich a tato Ireny Tyszeckiej nie chciał nikogo narażać. Nie wiadomo dlaczego podjęli decyzję o rozdzieleniu się. Mała Irena z mamą rozpoczęły tułacze życie. Ukrywały się nieopodal domu dziadków, prawdopodobnie jej siostra z ojcem tak samo ale nie wiedzieli o swoich kryjówkach. Pamięta, że razem spotykali się w domu dziadków ale tylko w nocy. Najgorsze czasy przyszły, gdy okazało się, że ten dom był pusty. Do dzisiaj nie wiadomo co wtedy stało się. Dziadków od strony ojca już nigdy nie zobaczyli.

Mama Ireny bardzo pilnowała aby panowała cisza w miejscach, w których się znajdowały a także aby nie było żadnego śladu. W dzień w ogóle nie wychodziły z ukrycia, tylko czasem w nocy. Spały w stogach, jamach i wykrotach. Często zmieniały swoje miejsca bojąc się, że ktoś je wypatrzy. Ciągle były przerażone, głodne i zmarznięte. Dzisiaj Irena Tyszecka ma problemy zdrowotne z powodu warunków w jakich przyszło jej żyć w czasie pierwszych lat wojny “pamiętam tylko granatowe niebo, nie widziałam słońca, nie piłam mleka, masła nie jadłam”. Ta beznadzieja sprawiła, że zachodziłyśmy czasem do własnego domu, który też był zamknięty. Ostrożnie wkradały się i razem płakały. Sytuacja zmieniła się 22 czerwca ’41 roku. Rosjanie wycofywali się, wkraczali Niemcy. Było nieco  bezpieczniej. Wkrótce do domu wrócił tato z siostrą. Z nimi była też druga babcia. Był głód, babcia w wykopanym dole na podwórzu piekła na blasze placki z wody i mąki, musiała bardzo uważać aby nie było dymu. Zachowywaliśmy się cały czas dyskretnie, cały czas baliśmy się Ukraińców. Wtedy zaczęto mówić o mordowaniu Polaków przez Ukraińców, ale wtedy tylko z ze znamienitszych rodów. Mówiło się też o żołnierzach wracających do domów po kampanii wrześniowej. Ukraińcy zaprosili ich na noc do swoich stodół. Żywy z nich nikt nie wyszedł.

Pierwszy raz Ukraińcy napadli ich późnym wieczorem w kwietniu 43 roku. Jeden z nich zapukał do okna i poprosił o wodę. Kiedy ją wypił, poprosił mamę o pomoc. Mówił, że źle się czuje, czy mógłby odpocząć w domu. Wraz z otwartymi drzwiami wpadło 20-stu banderowców, rodzicom kazali się położyć na podłodze twarzą w dół i zaczęli plądrować dom. Szczęśliwie myśmy spali i nic nas nie obudziło. W kuchni była nasza służąca, schowała się do pieca chlebowego. Nie znaleźli jej. Po całym rabunku rodziców chcieli zabić ale któryś z nich musiał znać ojca, bo powiedział: “dajcie mu jeszcze żyć, ma małe dzieci, nie ucieknie nam. Kazali im wejść do spiżarni i zamknęli. Uwolniła ich służąca, która dopiero nad ranem odważyła się wyjść ze swojej kryjówki. Splądrowali nasz dom, wszystkie ubrania, nawet dziecięce, ukradli zwierzęta, co chcieli spakowali do naszych sań i wozów i wszystko wywieźli. Ponoć sanie załadowali na wóz drabiniasty, w kwietniu nie było już śnieg, i w ten sposób  wywieźli cały nasz dobytek.

Przenieśliśmy się do Turczyna, do małej osady, gdzie było tylko 16 Polaków. Zamieszkaliśmy w nowym domu – jak się później dowiedzieliśmy – po zamordowanych Żydach. Rodzice dorabianie zaczęli od nowa ale niedługo tam mieszkaliśmy. Z domu widzieliśmy płonący horyzont. Były to polskie wsie, i zbliżało się do nas. Znowu przenieśliśmy się dalej, do Aleksandrówki. Niewiele to pomogło. Wtedy już wszędzie było bardzo niebezpiecznie. Ukraińcy w nocy przychodzili do wiosek i mordowali całe rodziny. Współpracowali z Niemcami, czasem prowokowali interwencję. Powiedzieli Niemcom, że w Aleksandrówce ukrywają się partyzanci. Przyjechała tankietka, wzdłuż drogi były domy. Niemcy po kolei strzelali zapalającymi pociskami. Płonął dom po domu. Tam gdzie była rodzina Tyszeckich, pocisk przebił dach i wbił się w podłogę. Wszyscy zgromadzeni w tym domu ocaleli, wszyscy odmawiali Pod Twoją obronę.

Program wspierany przez Fundacje KGHM Polska Miedź

kghm

 

PODZIEL SIĘ

2 KOMENTARZE

  1. Pani Ireno jestem Pani uczennicą ze szkoły podstawowej nr101 w Łodzi.Kiedyś zobaczyłam Panią w programie na kanale t.v.Kultura i tak dotarłam do informacji o smutnym losie Pani i Pani Rodziny. Moja ciocia Joanna Karpacka-Nasiek napisała książkę “Moje Kresy dawniej i dziś” (wydana nakładem własnym autorki 2008r.)którą poświęciła rodzicom.Jest to uważam,nie tylko ja,rzetelny materiał historycznyny mówiący o początkach Kresów Południowo -Wschodnich,powstaniu Lwowa i zagładzie-ludobójstwie,eksterminacji ludności polskiej na Wolyniu.Jest dokumentacja fotograficzna,mapy… Pozdrawiam Panią serdecznie. Pani Uczennica.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ