Sutowicz: czy anarchistyczne wybryki w Hamburgu to przejew kryzysu cywilizacji europejskiej ?

Wynikiem obserwacji doniesień o anarchistycznych wybrykach, jakie miały miejsce między 7 a 9 lipcem w Hamburgu przy okazji szczytu G-20, jest cisnące się pytanie: wyrazem czego właściwie one były?  

Pierwsza odpowiedź brzmi: głębokiego kryzysu cywilizacji europejskiej, którego przejawem jest rządza niszczenia dorobku materialnego własnych rodaków. Na ogół bowiem niszczyciele byli ludźmi niemieckiego języka i z pewnością dziećmi niemieckich rodziców, choć stwierdzono w akcjach udział „gości z zagranicy”, co mogłoby sugerować inspirację obcych sił, generalnie jednak wydaje się, że teza tak może być tu i ówdzie kreowana w mediach, by nieco zmyć efekt kompromitacji, na jaką patrzył cały świat. Zasadniczo jeżeli takie rzeczy się zdarzają, najczęściej są wyrazem schyłku dotychczasowego porządku społecznego, pomijając aktywność rzeczywistych bądź urojonych ośrodków inspiracji samozagłady.

Na pewno też protestujący, a właściwie terroryzujący miasto Hamburg ludzie należą do tej kategorii, która straciła wiarę w możliwości politycznego dyskursu jako sposobu rozwiązywania problemów społecznych. Z tego jasno wynika wniosek o kryzysie demokracji liberalnej. Co prawda do tej pory w mediach częściej mówiło się, że obecnie znana forma tzw. demokracji jest atakowana ze strony środowisk kojarzonych raczej z prawicą niż lewicą, niemniej lewicowa opozycja w tej dziedzinie również może się poszczycić długą tradycją, u której źródeł leży XIX-wieczny utopijny socjalizm, marksizm, rewolucja bolszewicka czy też lewackie przewroty, które zdarzały się w niektórych miejscach Europy po I wojnie światowej. Anarchizm i komunizm nie nadają się do zastosowania w jakiejkolwiek demokracji, także obecnej.

Bez wątpienia, oprócz wyrazów niechęci do Prezydenta Stanów Zjednoczonych, co być może jakoś tam stanowiło element rozgrzewający atmosferę, rzeczone protesty są też przejawem nienawiści do niemieckiej państwowości jako takiej. Dziwne to, ale wygląda, że przynajmniej część Niemców nienawidzi wszystkiego, co kojarzy się z ładem swojego państwa. Jest to z pewnością pochodna owej niechęci do ustroju. Trudno jednak z samej obserwacji podjąć próbę odpowiedzi na pytanie, jakie rozwiązania ustrojowe wprowadzaliby ci ludzie, gdyby np. ich działania osiągnęły taką skalę, iż poskutkowałyby obaleniem rządu jako takiego i przewrotem społecznym. Z obserwacji historii można by zaryzykować roboczą tezę, że po okresie totalnego chaosu i ludobójstwa wyłoniłby się z tego reżim narodowosocjalistyczny.

Hamburskie ekscesy mogą inspirować również inne, bardziej przyziemne przemyślenia. Przecież nie jest możliwe, by organizatorzy antysystemowych ataków na tak wielką skalę byli w stanie działać z zachowaniem zupełnej konspiracji. Nie wierzę, by służby zajmujące się inwigilacją tego typu ruchów politycznych o niczym nie wiedziały. Oczywiście możliwe, że jestem człowiekiem małej wiary i rzeczywiście struktury państwa niemieckiego powoli przestają funkcjonować. Niemniej pozostanę przy swoim zdroworozsądkowym zwątpieniu. Służby wiedziały, ale nie zapobiegły. Na pytanie „dlaczego?” odpowiedź  jest bardzo prosta: ośrodki decyzyjne nie kazały z tym nic robić. Oczywiście w tej sytuacji odpowiedź rodzi następne pytanie i tak dalej. Wpływowa część niemieckiej klasy politycznej chciała tych protestów. Na temat przyczyn takiej akceptacji znowu można mnożyć rozważania.

Być może za anarchistami stoi lewica polityczna Niemiec z Martinem Schulzem na czele. Po prostu, udało się wykazać przed wyborami, że chadecy nie nadają się do rządzenia, nie są w stanie panować nad nastrojami społecznymi i należy im władzę odebrać. Poza tym lewica najlepiej spacyfikuje lewicowe nastroje społeczne i wybuchy buntu uśmierzy, a że uczyni to, dokonując dalszych ustępstw prawnych na rzecz homolobby i multikulti, to inna rzecz. Nie wiem, czy pragmatyczni Niemcy coś takiego są w stanie kupić, nie wiem też, czy temat będzie jakoś eksponowany w debacie toczącej się w Niemczech przed wrześniowymi wyborami. Jedno jest pewne: rząd Angeli Merkel wizerunkowo ucierpiał, a socjaldemokraci nie, choć wiadomo, że to oni są ewentualnymi protektorami swych bardziej lewicowych ziomali.

Na koniec dodam jeszcze jedną możliwość. Być może to obecny rząd federalny stoi za brakiem reakcji na wstydliwe dla kraju wydarzenia. Zawsze można będzie ich użyć jako pretekstu do przykręcenia śruby lewicy, która w niektórych landach, nie wyłączając stołecznego Berlina, dokonuje eksperymentów społecznych, które w długiej perspektywie z pozycji wizji ładu konserwatywnego wcale nie są pożądanymi. Czy tak się stanie, na razie również nie wiadomo.

W najbliższych miesiącach u naszych zachodnich sąsiadów sporo się będzie działo i na pewno warto wszystkiemu przyglądać się z uwagą, bo czy tego chcemy, czy nie, z oczywistych względów wydarzenia w tym kraju nie pozostają bez wpływu na nas.

autor: Piotr Sutowicz

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ