Pyza: Ryzykowny ruch prezydenta. Ale trzeba go zrozumieć i szybko się z nim dogadać

materiały prasowe

Zawetowanie dwóch najważniejszych ustaw „sądowych” to pełne zaskoczenie dla wszystkich. Jak je czytać? Prezydent pokazał to bardzo dobitnie. Jakie przyniesie konsekwencje? To już zależy w głównej mierze od partii rządzącej

W ubiegłym tygodniu zapytałem jednego z bliskich współpracowników prezydenta, czy mamy początek trudnej kohabitacji. Padła odpowiedź: „Wygląda na to, że tak”. Czy tak musi być? Nie. Choć to zależy od czynnika w polityce nieprzewidywalnego – ambicji.

Andrzej Duda dał jasno do zrozumienia: problem z ustawami, które zawetował, wziął się stąd, że nie były z nim konsultowane oraz dawały zbyt dużą władzę prokuratorowi generalnemu. Czy teraz ważne reformy przed procedurą parlamentarną będą omawiane z głową państwa? Chyba nie ma innego wyjścia. I nie sposób się na to obrażać. Jeśli „ma się” prezydenta ze swojego obozu, jeśli szło się do wyborów z identycznymi jak on hasłami i jeśli chce się te obietnice spełnić – nie można pomijać pierwszego obywatela w przygotowywaniu tych zmian. To oczywiste i wynika nie tylko z umocowania prezydenta RP w systemie naszego państwa, ale i dobrych zwyczajów. Tych nieco zabrakło.

Z prawej strony pojawiają się dziś pytania: skoro Duda tak bardzo chce naprawić sądy, dlaczego przez dwa lata nie złożył żadnego projektu? Ano dlatego, że miał to zrobić rząd bądź parlament. Tyle, że pominął zupełnie rolę prezydenta. Teraz jest szansa to naprawić. A właściwie konieczność. Nie ma niestety innego wyjścia. Ambicje i pretensje trzeba odłożyć na bok i wspólnie z głową państwa przygotować ustawy, które zaowocują rewolucją w sądach. Nie mam wątpliwości, że takie dążenie prezydenta – od którego zaczął swoje wystąpienie – jest szczere.

A dlaczego w tytule stwierdziłem, że to ryzykowny ruch Andrzeja Dudy? Z jednej strony 24 lipca 2017 r. rozpoczął się nowy etap rządów zjednoczonej prawicy. Powstała wyrwa w obozie, która nie będzie łatwa do zasypania. Pomiędzy Pałacem Prezydenckim a rządzącą partią i tak jest sporo napięć – teraz zapewne jeszcze się pogłębią (już ze strony parlamentarzystów PiS słyszałem pytania: czy prezydent stanął na czele opozycji?). Nie będzie to sprzyjać pracy maszyny wprowadzającej reformy, i tak napotykające histeryczny opór opozycji zdolnej niemal do wszystkiego. Andrzej Duda – jak sam zauważył w dzisiejszym wystąpieniu – będzie zapewne krytykowany i nierozumiany również przez część swoich wyborców. I oczywiście tak się stanie. Bo jedność obozu jest premiowana, a wszelki rozłam – zwłaszcza w sprawach tak fundamentalnych – buduje nieufność i niechęć.

Czy prezydent przestanie być dla opozycji i jej zwolenników „Adrianem”? Nie przestanie. Więcej – może spodziewać się podobnych nacisków przy kolejnych ustawach, dotyczących każdej dziedziny życia. Czyż nie przemówi do ludzi gromadzących się od ośmiu dni na ulicach polskich miast argument: zobaczcie, przy sądach się udało, więc teraz przyciśniemy jeszcze mocniej! Raz się ugiął, ugnie się i kolejny! Czyż zachwycone protestami telewizje nie będą ich przypominać jako wielkiego sukcesu opozycji i pytać: czy znów się uda? Będą. Mają swoją wersję hasła: „Presja ma sens”…

Czy Andrzej Duda zyska nowych zwolenników? Na pewno nie w stopniu znaczącym (a licząc zawiedzionych sympatyków „dobrej zmiany” saldo poparcia może być ujemne) – ale też wątpię, by na to liczył wetując ustawy. Wierzę, że kierował się innymi pobudkami – niebezpieczeństwem oddania zbyt dużej władzy nad sądami w ręce ministra sprawiedliwości-prokuratora generalnego i brakiem elementarnej higieny w pracach parlamentarnych nad tak ważną reformą.

I wierzę, że ambicje (jednych i drugich) pójdą na bok i szybko doczekamy się takiej głębokiej reformy wymiaru sprawiedliwości, która sprawnie przejdzie przez parlament i będzie szybko podpisana przez głowę państwa. Niezależnie od wycia, jakie znów będzie się wydobywać z ulic wielkich miast.

autor: Marek Pyza

wpolityce.pl

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ