Czy można ograniczyć straty dla obozu zmian wynikające z weta prezydenta? Jest tylko jeden sposób

Spora część prawicowych komentatorów (ciekawa częsta zależność: im więcej ktoś ma programów w TVP, tym bardziej), każe mi się cieszyć z szału radości pani Gersdorf, pana Rzeplińskiego, pana Michnika, pani Muchy, pana Schetyny, Pana Petru, pana Timmermansa i innych.

Przekonują, że ich roześmiane twarze, pięści zaciśnięte w gestach zwycięstwa, świadczą o tym, że stało się dobrze dla Polski. A całą operację nazywają sukcesem obozu zmian. Przyznam, że ani nie potrafię się z nimi cieszyć, ani tego nie rozumiem. Jak bezsensowna kapitulacja przed uliczną przemocą może być zwycięstwem? To jakaś ezoteryka, a nie trzeźwa ocena. No, chyba, że zakłada się iż oderwanie prezydenta od obozu i ducha Prawa i Sprawiedliwości jest warunkiem powstania nowej siły politycznej, która pozwoli zabłysnąć niespełnionym politycznie publicystom i niektórym sfrustrowanym posłom. W takim wypadku to jest racjonalne, ale należy to uczciwie powiedzieć.

Powtarzam: w mojej ocenie decyzja prezydenta była nieprzemyślana, pochopna i najprawdopodobniej będziemy za nią wszyscy (jako Polacy wspierający naprawę państwa) jeszcze długo słono płacili. Szerzej pisałem o tym w poprzednim komentarzu.

Warto jednak zastanowić się, czy jest jeszcze jakieś wyjście z tego klinczu. Czy można sobie wyobrazić taki scenariusz, w którym rozdźwięk między parlamentarnym obozem zmian a prezydentem Andrzejem Dudą zostaje zlikwidowany? W mojej ocenie jest takie rozwiązanie. Wystarczy, aby prezydent Andrzej Duda przedstawił parlamentowi w ramach zapowiedzianej inicjatywy ustawodawczej te same ustawy, które zawetował, oczywiście w kilku punktach skorygowane. Te modyfikacje powinny ograniczać się do tych zastrzeżeń, które zgłosił wetując ustawy o Sądzie Najwyższym i KRS. To o tyle rozsądne, że wątpliwe, by w 67 dni udało się napisać nowy całkowicie projekt. Nad tym odrzuconym pracowano kilkanaście miesięcy. A już z panią prezes Gersdorf żadnej reformy nie da się napisać nawet w trzy dekady.

Takie wyjście i tak nie zdejmie z obozu naprawy Polski chmury spowodowanej prezydencką kapitulacją wobec wulgarnej, marzącej o krwawym majdanie, ulicy. Ale będzie jakimś parasolem. Będzie szansą na ograniczenie strat.

Sporo czasu zajmie prawicy odzyskanie inicjatywy strategicznej, ale scenariusz, który opisuję, mógłby tę sytuację przyspieszyć. W mojej ocenie każdy inny wybór to droga do nieszczęścia.

Zostało 67 dni (licząc do 1 października).

autor: Michał Karnowski

źródło: wpolityce.pl

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ