Skala buntu „kontraktowej” III RP jest mała, gdy uwzględnić, że ten układ wygrał 7 z 8 wyborów parlamentarnych

Ani w grudniu 2016 r., ani w lipcu 2017 r. rewolta przeciwko innej Polsce niż okrągłostołowa i postkomunistyczna nie osiągnęła nawet dwóch stopni, gdyby liczyć w dziesięciostopniowej skali. Takie stwierdzenie może szokować, ale tak właśnie jest. Opcja „kontraktowa” jest przecież oficjalnym ustrojem III RP, a jego niezmienności broni konstytucja Kwaśniewskiego, Mazowieckiego i Cimoszewicza z 1997 r. Opcję „kontraktową” chronił też przez 28 lat system sądownictwa, z Sądem Najwyższym i Trybunałem Konstytucyjnym na czele. „Kontraktowy” model ustroju III RP był więc regułą, a próby jego częściowego rozsadzenia (za kilkumiesięcznych rządów Jana Olszewskiego i dwuletnich rządów PiS w bardzo nietrwałej koalicji) – wyjątkami. Warto pamiętać, że po 1989 r. najwyżej przez około 15 proc. tego okresu rządziła opcja alternatywna do „kontraktowej”, a ściśle, to przez zaledwie 8 proc. W ośmiu wyborach parlamentarnych, licząc od tych w 1991 r., tylko w 2015 r. opcja „niekontraktowa” uzyskała stabilną większość.

Jeśli w siedmiu wyborach parlamentarnych większość zdobywali „kontraktowcy”, pokazuje to wyraźnie, jakie poglądy wpływały w tym czasie na decyzje wyborców. Gdyby brać pod uwagę liczebność oraz trwałość elektoratu głosującego na „kontraktowców”, bardzo skromna jest skala oporu przed pierwszą prawdziwą i realną próbą zmiany, jaką są rządy PiS po 16 listopada 2015 r. oraz wprowadzane przez większość PiS zmiany i reformy.

Nie ma sensu rozpowszechniać złudzeń i mitów: aż do wyborów parlamentarnych w 2015 r. „kontraktowcy” byli w stanie trzymać władzę albo ją skutecznie klinczować. Rząd Jana Olszewskiego był przecież dramatycznie mniejszościowy, a rządy PiS w latach 2005-2007 opierały się na wybuchowej koalicji, a potem były mniejszościowe. Prezydentura Lecha Kaczyńskiego przez 2,5 roku tylko utrudniała działanie opcji kontraktowej, ale nawet to wystarczyło, by wobec prezydenta rozpętać bezwzględny przemysł pogardy. Oczywiście do układu okrągłostołowego dotarło, że rząd Beaty Szydło i trwająca w tym samym czasie prezydentura Andrzeja Dudy są pierwszym w III RP realnym dla niego zagrożeniem. Stąd trwająca już prawie dwa lata histeria, stąd postawienie na ulicę i zagranicę. I w zasadzie tylko strategia „na zagranicę” jako tako działa, głównie dlatego, że ta „zagranica opiera się na podobnych zasadach i wartościach jak opcja kontraktowa w Polsce (widać to głównie po działaniach Fransa Timmermansa i Komisji Europejskiej pod wodzą Jeana-Claude’a Junckera). Natomiast „ulica” w wykonaniu KOD, totalnej opozycji i wszystkich „kontraktowych sił” w kraju i na zewnątrz była jednak porażką. Także włączając w to demonstracje i blokadę Sejmu po 16 grudnia 2016 r. oraz lipcową rewoltę pod hasłem „wolne sądy”.

Mimo dwudziestomiesięcznych rządów PiS, które mają samodzielną większość w Sejmie dzięki bardzo korzystnym zbiegom okoliczności (wyeliminowanie lewicowej koalicji czy pojawienie się Kukiz ’15), „układ kontraktowy” wciąż jest wielką siłą, mającą ogromne poparcie zagranicy, zdecydowanie dominującą w mediach, na uniwersytetach, w instytucjach kultury, wspieraną przez ponad 90 proc. celebrytów i tzw. autorytety (układ je „uautorytetowił”, więc się odwdzięczają). Jak na taki potencjał i możliwości, skala oporu i buntu była naprawdę niewielka. I nieprzypadkowo permanentna rewolta, choć przecież nie w jakiejś dramatycznej skali, zdarzyła się przy ustawach reformujących sądownictwo. To przecież najważniejszy bastion trwałości „kontraktowej” III RP. Jeśli nawet uczestnicy protestów nie zdawali sobie z tego sprawy, to na pewno wiedzieli o tym ci, którzy ich na ulice wyciągali. Reforma sądownictwa to, oprócz nierealnej na razie zmiany konstytucji, najważniejsze narzędzie rozbijania potęgi i żelbetowych fundamentów „kontraktowej” III RP. Jej najwięksi beneficjanci nieprzypadkowo dostali więc swego rodzaju wścieklizny wobec obecnie rządzących.

Ci, którzy sądzą, że „kontraktowa” III RP nie będzie kontratakować tylko dlatego, że rząd PiS ma stabilną większość, a prezydentem jest Andrzej Duda, są po prostu naiwni. Będą kolejne ataki i kontrataki, bo chodzi o ogromne interesy, przywileje, beneficja, łupy, pieniądze oraz decydowanie o statusie społecznym i hierarchiach prestiżu. W ogromnym stopniu dotyczy to interesów i wpływów z zagranicy, więc także stamtąd, a może przede wszystkim stamtąd będą ataki i kontrataki. Jeśli te wszystkie czynniki weźmie się pod uwagę, skala buntu wobec rządów PiS naprawdę nie przekracza dwóch stopni w dziesięciostopniowej skali. Choćby dlatego nie warto na to, co się działo reagować nerwowo, a już tym bardziej paniką. Chodziło, chodzi i będzie chodzić o zastraszanie i blokowanie reform czy zmian, i po prostu trzeba się do tego przyzwyczaić. Siły hodowane i wzmacniane przez ponad 90 proc. czasu istnienia IIIRP i chronione przede wszystkim przez sądownictwo nie znikną i nagle nie przestaną bić się o własne interesy, status i przyszłość. To trzeba wiedzieć i nie warto dać się zastraszyć, choć nic nie jest proste i łatwe.

autor: Stanisław Janecki

źródło: wpolityce.pl

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ