Sutowicz: Między upadkiem a niepodległością

marszflag.jpg

Po gorących dyskusjach, które co roku towarzyszą obchodom rocznicy odzyskania niepodległości warto pomyśleć nad głębszym sensem doświadczeń historycznych, nabytych nie tylko w okresie bezpośrednio poprzedzającym, wydarzenia mocno symbolicznie lokowane w tradycji na 11 listopada 1918 r. trochę z pokrzywdzeniem tych, którzy po tej dacie o przynależność swych rodzin i ziem do Polski ciągle musieli walczyć, czasami jeszcze przez kilka lat.

Z sumy wydarzeń jakie zaszły w naszej historii między rokiem 1795 a 1918 musimy wyciągać wnioski ważne dla teraźniejszości i przyszłości. Już na pierwszy rzut oka widzimy przeciwstawny wydźwięk mentalny dwóch przytoczonych dat. Przy czym jeśli chodzi o pierwszą z nich, to niewątpliwie odczuwamy swego rodzaju dyskomfort, coś, do czego nie chcemy się przyznać. Jakoś nie słyszałem, by ktoś organizował w Polsce obchody okrągłej 220 rocznicy trzeciego rozbioru Polski. Nawet powstanie takiej myśli w czyimś umyśle wydaje się jakąś aberracją. Wbrew pozorom należy sobie jednak postawić pytanie „dlaczego?”. Oczywiście było to wydarzenie w dziejach kraju tragiczne, z drugiej jednak strony czcimy bądź choćby wspominamy rocznice innych tragicznych w sumie rocznic, nie mając z tego tytułu narodowych wyrzutów sumienia. Powstanie Warszawskie, Kampania Wrześniowa, zrywy narodowe XIX wieku są przedmiotem polemik historyków i publicystów, ale na pewno bywają pozytywnie – w sensie pamięci historycznej o bohaterach – pamiętane, choć oczywiście z drugiej strony szkoda, że w pamięci tej tak mało miejsca zostaje np. na ekonomiczną walkę Wielkopolan, czy odrodzenie narodowe na Górnym Śląsku.

Ciekawym przykładem może być mentalność odbiorcy przesłania współczesnej nam polskiej kinematografii, niestety rodem z czasów PRL, który ciągle jednakowo ciepło przyjmuje „Krzyżaków” Forda, w których „łoi się” wiadomo kogo, i „Czarne Chmury” Andrzeja Konica, w których powoli widać symboliczny zachód słońca nad imperium. Wreszcie wciąż wielu z nas ze wzruszeniem patrzy na tragicznego w wymowie „Hubala” Poręby. Z rokiem 1795 nie chodzi więc o to, że boimy się czcić klęskę. Zdaniem autora, rzecz wygląda bardzo prosto – chodzi o wstyd. Jako społeczeństwo nie tylko nie jesteśmy pogodzeni z tym, że państwo Polaków, takich jakimi byli wówczas, upadło, ale o sposób, w jaki się to stało.

Nie jest to tekst, w którym poddane zostaną szczegółowej analizie poszczególne etapy odchodzenia od tytułowej „podległości”. Cały wiek XIX i większość stulecia XX historycy i publicyści spierali się co do tego, czy rozbiory były tylko winą naszych przodków, czy też zmową drapieżnych sąsiadów, którym katolicka Polska ze swym oryginalnym ustrojem była solą w oku. Wraz z udzielanymi sobie odpowiedziami tworzono modele charakteru narodowego, snując rozważania na temat tego, czy jesteśmy w ogóle zdolni do posiadania własnego państwa. Owszem, byli tacy, i wcale nie było ich tak mało, którzy uważali, że najlepsze, co może zrobić elita społeczna, to zachęcić Polaków do służenia swoim nowym „najjaśniejszym panom”. Nic dziwnego, że odpowiedź na takie dictum ze strony tych, którzy uważali, że „Polacy mogą wybić się na niepodległość”, bywała odwrotnością tezy pierwszej. To dlatego duża część patriotów polskich w XIX wieku wiązała się z ruchami radykalnymi – masonerią, lewicą, itd. A nie mogąc niekiedy za wiele zrobić we własnym kraju, niosła chcąc lub nie płomień rewolucji społecznych przez Europę, włączając się w walkę o obalanie porządku społecznego. Można na to patrzeć jak na akt zemsty – skoro rządy starego kontynentu przyjęły do akceptującej wiadomości fakt rozbiorów, to niech mają za swoje. Oczywiście nikt realnie w ten sposób nie myślał, lecz patrząc na historię z zewnątrz można sobie wyobrazić, że tak by być mogło.

Trzeba było dużo czasu i wiele pracy, by jakoś to niewątpliwie błędne koło przerwać. Można powiedzieć, że wraz z postępowaniem wieku XIX Polacy coraz mocniej stawali na stanowisku swojego własnego interesu. Nawet jeżeli bywali przedmiotem gry wielkich mocarstw i wydawało się, że bywają skutecznie rozgrywani między sobą, to czasami potrafili  pokazać, że mają swoje cele polityczne, a w przyszłości będą partnerem coraz trudniejszym do uprzedmiotowienia. Na pewno na przełomie wieku XIX i XX w całej Europie brutalizowała się walka narodów i państw. Z jednej strony gwałtowna industrializacja i narastanie tzw. kwestii społecznej, z drugiej kolonizacja i dążenie państw Europy do tworzenia sieci globalnej. Wreszcie coś, co odbiło się niestety na historii wieku XX – dążenie do panowania nad światem, które w niektórych ośrodkach politycznych przybrało ramy konkretnych działań geopolitycznych. Wszystko to stawiało również przed Polakami nowe wyzwania, z którymi udało im się jakoś poradzić, co w gruncie rzeczy pozwoliło społeczeństwu przejść do drugiego tytułowego stanu” niepodległości”, choć wspomniane procesy dziejowe wpłynęły zasadniczo na fakt, że niepodległy naród roku 1918 był czymś innym niż ten z roku 1795. Można powiedzieć, że Sienkiewiczowskie, odbierane z nostalgicznym rozrzewnieniem opisy zderzyły się tu z XX-wiecznymi nowymi dla wielu realiami. Wiązało się to z żywym dyskursem politycznym tamtych czasów, związanym z pytaniem, czym ma być nowoczesna polskość? Zresztą zdaje się, że echa tamtych kwestii do dziś w wielu środowiskach budzą niepokój intelektualny i nie jest wykluczone, że w kolejnym stuleciu na nowo należy przemyśleć te kwestie.

Wszystko to nie zmienia jednak naszego współczesnego problemu owego „historycznego” zawstydzenia, który sprawia, że niektórych rocznic nie obchodzimy a inne bardzo chętnie, pokazuje to możliwość istnienia pewnej zbiorowej mądrości, tak jak odwrotnej do niej głupoty. Przecież tragedia 1795 roku nie była zdarzeniem jednorazowym. Upadek państwowości, bez względu na jego przyczyny, nie nastąpił tak naprawdę z dnia na dzień, podobnie jak jej odzyskanie. Z pewnością wielu mądrych ludzi dużo wcześniej pisało o niepokojących symptomach. Najprościej jest spojrzeć w Kazania Księdza Skargi, pisane przecież w początkach XVII wieku, by się o tym przekonać. Zresztą wielu czytelników w wieku XIX widziało w nich smutną prawdę o procesach prowadzących do upadku, dostrzeganych tyle dekad wcześniej.

Przy okazji rozważania drogi, którą przeszły pokolenia polskie między symbolicznymi datami 1795 – 1918, oraz sukcesów i błędów, jakie po tej drugiej dacie nastąpiły, należy również zastanowić się i nad rzeczywistością obecną, kiedy wydaje się, że wszystko się przedefiniowało. Mówi się, że to, co było, jest już nieaktualne, również definicja niepodległości czy suwerenności. Problem zakresu możliwego działania państwa narodowego i jego odniesienia globalnego ładu światowego także temu podlegają. Kwestie tego typu muszą być analizowane i rozstrzygane, nie zmienia to w niczym prawdy, iż historią wprawdzie możemy nazwać to, co było, ale teraźniejszość nie wisi w powietrzu sama – zależy od przeszłości, od siebie zaś uzależniając przyszłość.

Piotr Sutowicz

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ