Stanisław Janecki: Opozycja zamienia w błazenadę niemal każde posiedzenie komisji sejmowych. Także to w sprawie KRS

schetyna4.png

Posłowie opozycji zmienili taktykę. Podczas procedowania prezydenckiej wersji projektu ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa nie było (przynajmniej do czasu, gdy to piszę) napierania na stół prezydialny, podnoszenia krzeseł, wyrywania mikrofonów, wrzasków i rzucania sejmowymi drukami. Zastąpiła je zwykła obstrukcja, czyli zalew wniosków formalnych lub tak tylko interpretowanych wystąpień opóźniających prace sejmowej komisji. Po prostu awantury źle się sprzedają i negatywnie wpływają na wizerunek, zaś formalna obstrukcja ma pozory merytorycznego lub eksperckiego stanowiska. A w roli pierwszej ekspertki i osoby najczęściej wnoszącej wnioski formalne obsadziła się Kamila Gasiuk-Pihowicz. To zrozumiałe z trzech powodów. Trzeba przykryć złe wrażenia z walki o władzę w Nowoczesnej, w której Gasiuk-Pihowicz sprzymierzyła się z Katarzyną Lubnauer. Trzeba zapracować na głosy kolegów, skoro obecna szefowa Nowoczesnej chce, by Gasiuk-Pihowicz została przewodniczącą klubu tej partii. Wreszcie, trzeba stwarzać pozory, że posłanka Nowoczesnej, formalnie prawniczka, na czymkolwiek się zna poza wygłaszaniem trywialnych manifestów i zgłaszaniem wniosków o przerwę w obradach. Dlatego zaczęła stawiać tak absurdalne żądania, jak zwrócenie się polskiego MSZ do instytucji Unii Europejskiej, czy przepisy ustawy o KRS są zgodne z unijnym prawem. I wyliczyła jakieś artykuły, paragrafy i ustępy. Ich wyliczanie uchodzi w Polsce za oznakę kompetencji, choćby nie miało to najmniejszego sensu, a wręcz demaskowało taką osobę jako pretensjonalną i zakompleksioną, skoro za wszelką cenę musi coś udowadniać.

W zawierusze wokół projektów ustaw o KRS i Sądzie Najwyższym nie chodzi o żadne merytoryczne poprawki ani, tym bardziej, o wnoszenie jakiegoś wkładu do procesu legislacyjnego. Chodzi o udowodnienie, że pracowano nad nimi w atmosferze skandalu, a nawet opresji, przy ignorowaniu zdania opozycji oraz wbrew jakimś europejskim standardom. A ten obraz też służy tylko temu, żeby go sprzedać za granicę i dopełnić opowieść o łamanej w polskim Sejmie demokracji. Ten schemat jest już tak dobrze znany i wielokrotnie ograny, że aż nudny. Ale wciąż jest stosowany, gdyż takie jest zapotrzebowanie. W efekcie praca opozycji nad ustawami, bo chodzi nie tylko o te dotyczące sądownictwa, zamienia się w przedstawienie. Oczywiście gdzieś pojawiają się jakieś wnioski merytoryczne, ale służą one przede wszystkim za ozdobniki czy ornamenty. Mówiąc językiem łyżwiarstwa figurowego, najważniejsze jest wrażenie artystyczne.

Wrażenie artystyczne wymusza to, że wystąpienia Kamili Gasiuk-Pihowicz są takie teatralne i znacznie bardziej niż pracę posła przypominają scenki z udziałem zaangażowanych artystek – Krystyny Jandy, Mai Ostaszewskiej czy Magdaleny Cieleckiej. Co smutne, generalnie działania parlamentarzystów opozycji są po prostu happeningami i performance’ami mającymi już własne formy i wyraz artystyczny. Ale zdaje się nie po to wybieramy posłów, żeby oni potem parodiowali już nie tylko seriale w rodzaju „M jak miłość” czy „Na dobre i złe”, ale też działania takich performerów jak Alicja Żebrowska czy Ewa Partum. Wprawdzie jeszcze nie są tak odważne jak przywołane artystki, ale wszystkiego można się spodziewać. Działania artystyczne są nakładane na prawniczy żargon, a właściwie pseudoprawniczy bełkot, żeby przeciętny obserwator nie odważył się poselskich występów wyśmiać. Jeśli podda się temu bełkotowi, zostanie przynajmniej onieśmielony, a autorzy bełkotu uwzniośleni.

W obecnym Sejmie opozycja sprowadziła się do roli obcego plemienia, które operuje innym językiem i prezentuje inne wzorce kulturowe. Jej porozumiewanie się z rządzącą większością polega na mówieniu własnym narzeczem bez tłumacza, bo w gruncie rzeczy nie chodzi o znalezienie wspólnego języka, lecz maksymalne wyeksponowanie różnic, czyli braku szans na jakiekolwiek porozumienie. Po to, żeby się potem przedstawiać w roli ofiar. I te ofiary wysyłają w świat obraz bezwzględnie prześladowanej mniejszości. Z tego wynika, że współpraca z opozycją w parlamencie nie ma żadnego sensu. I empiria zdaje się to potwierdzać, skoro każda kolejna próba jest tylko happeningiem i przedstawieniem. Coraz częściej nie tylko obrady komisji sejmowych, ale i te na sali plenarnej są wyłącznie festiwalem różnych trup teatralnych, które realizują tylko scenariusze swoich spektakli. Jeśli posłowie uważają, że przeciętni Polacy tego nie widzą, to – mówiąc klasykiem – są w mylnym błędzie. Ludzie to widzą i przestają parlamentarzystów traktować poważnie. Jeśli ci mają pretensje do obywateli, że są postrzegani w rolach błaznów, to kierują je pod niewłaściwy adres. Sami przecież już niemal 99 proc. swej poselskiej aktywności poświęcają błaznowaniu.

źróło: wpolityce.pl

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ