Więzienne Wigilie księdza Zator-Przytockiego

fot: youtube

Wigilia to w polskiej tradycji dzień szczególny i wyjątkowy. Nie zawsze wszak w naszej historii była to sielanka z choinką, siankiem i prezentami, wieczór pełen miłości i rodzinnego ciepła. W latach pięćdziesiątych setkom najgorętszych patriotów przyszło spędzać Wigilię w tragicznych i ekstremalnych warunkach więziennych. Ksiądz dr Józef Zator-Przytocki (1912-1978) należał do tych kapłanów, którzy w XX wieku jak najlepiej zasłużyli się Ojczyźnie. Był równocześnie w gronie tych duchownych, nad którymi najciężej znęcała się bezpieka w okresie stalinowskim. Przeszedł tortury w Warszawie na Mokotowie oraz w osławionych więzieniach w Rawiczu i Wronkach. Z jego wstrząsających, obszernych pamiętników, znajdujących się w zbiorach wrocławskiego Ossolineum, wybrałem drobne, acz znaczące, fragmenty odnoszące się do jego siedmiu więziennych Wigilii (1948-1954).


Urodzony na Tarnopolszczyźnie, ukończył gimnazjum w Złoczowie, a potem studiował w Wyższym Seminarium Duchownym we Lwowie. Przed wojną pracował na parafii w Stanisławowie. W końcu sierpnia 1939 r. na ochotnika zgłosił się na kapelana wojskowego, którym pozostał przez cały okres kampanii wrześniowej. Potem pomagał żołnierzom przedzierać się na Węgry i Rumunię. Współpracował z konspiracją, czym ściągnął na siebie nienawiść bolszewików. Był intensywnie poszukiwany. Dlatego 4 grudnia 1939 r. przeprawił się przez San, na teren okupacji niemieckiej. Chwilowo aresztowało go gestapo, ale udało mu się wyjść na wolność. W latach 1940-45 mieszkał w Krakowie i współpracował z podziemiem ZWZ-AK. Działalność jego (pseud. Czeremosz) bardzo wysoko oceniał sam metropolita abp Adam S. Sapieha.

Kiedy wszak tylko Sowieci wkroczyli do Krakowa w styczniu 1945 r., zaczęło go tropić NKWD. Jakiś czas ukrywał się, ale w końcu za radą Sapiehy wyjechał do Warszawy, a w lipcu przez Poznań przybył do Gdańska. Tam udało mu się przeżyć na wolności, w miarę spokojnie 3 lata. Tuż przed aresztowaniem doktoryzował się nawet na UMK w Toruniu. Jesienią 1948 r. czerwona pętla na księży i Kościół zaczęła się jednak gwałtownie zaciskać. 6 września polska bezpieka aresztowała go w jego parafii w Gdańsku-Wrzeszczu. Przewieziono go do centralnego więzienia MBP na warszawskim Mokotowie.Po ciężkich torturach w śledztwie oraz po sfingowanym procesie, Zator-Przytocki został w grudniu 1949 r. skazany na 15 lat więzienia. W lipcu 1950 r. „złagodzono” mu karę do lat ośmiu…

Ponure dni grudniowe [1948 r. – T.S.] przy akompaniamencie wrzasków i przekleństw przesłuchujących oficerów oraz dochodzących jękach torturowanych ofiar – zapisał w swoim pamiętniku – zbliżały nas do świąt Bożego Narodzenia (…). Wreszcie przyszedł dzień wigilijny. Od południa w całym pawilonie dziwna cisza. Śledztwa umilkły. Tylko nieliczne ofiary sadyzmu śledczych stały w ciszy nocy wigilijnej nago, na betonie w celi, przy otwartych oknach, albo pławiły się w na pół zmarzniętym kale i moczu karców. Zapadł zmrok. Podano nam więzienną kolację. Po wlaniu zupy do miski drzwi się zatrzasnęły, a my przystępujemy do wieczerzy wigilijnej.

Zamiast stołu i siana mamy kostkę z sienników ze startą na pył słomą. Za obrus służy chusteczka do nosa. Na niej rozkładamy produkty żywnościowe, otrzymane z domu w paczce. Opłatka nie mieliśmy. Pobłogosławiłem te dary, odmówiliśmy krótką modlitwę i przystąpiliśmy do składania sobie wzajemnie życzeń świątecznych. Każdy życzył bliźniemu i sobie wolności, której kontury powoli się zacierały, ale pragnienie jej było jednakowo silne. Niemal szeptem, bo głośno nawet mówić nie wolno, zanuciliśmy kolędy. W tym momencie twarde męskie serca stają się rozklejone. Wszyscy mają łzy w oczach. Stają się one silniejsze i swymi perłami zraszają nasze policzki.

O kilkadziesiąt metrów stąd ludzie w odświętnych szatach, przy schludnie nakrytych stołach, w otoczeniu najbliższych, nucą kolędy i radują się szczęściem Bożego Narodzenia. Radują się, ale może nie rozumieją całej głębi poniżenia i ofiary poniesionej przez Boga-Człowieka dla naszego zbawienia. Może nasze dusze (…) przez te kraty, startą słomę sienników, [smród] cuchnących kibli, zimny beton, zbliżą się więcej do ducha stajenki betlejemskiej(…). Czas szybko mija. Zbliża się wieczorny apel. Słychać już zastrzaskiwanie drzwi. Szybko się rozbieramy. Ubrania składamy w kostkę. Boso na betonie, tylko w bieliźnie, w postawie na baczność – czekamy (…). Są to pierwsze święta w moim życiu kapłańskim bez Mszy św. (…).

Drugą w swym życiu więzienną Wilię 1949 roku, przeżył ksiądz Przytocki w wielkim stresie związanym z przygotowaniami do swego procesu. Dzień wigilijny był pełen atrakcji. Od południa wydawano paczki żywnościowe, świąteczne. Śledztwa skończyły się wcześniej. Większość z nas paczki otrzymała. Należy przypuszczać, że rodziny wysłały do wszystkich, tylko administracja więzienna albo ich nie przyjęła, albo nadała im inny bieg (…). Święta mimo paczek są najprzykrzejszym okresem w więzieniu. Wprawdzie cały system nerwowy jest trochę odprężony, bo nie ma śledztwa, ale budzące się refleksje wolnościowe, odtwarzane wyobraźnią obrazy życia rodzinnego, domowego, torują drogę pesymizmowi życia więziennego (…).

Po raz trzeci przyszło bohaterskiemu księdzu przechodzić męczeńskie święta w grudniu 1950 r. Wielu – zapisał – bało się tych świąt więziennych. Nie można jednak być biernym i poddawać się rozpaczy czy choćby tylko rozmarzeniu. Tu trzeba było organizować swego rodzaju samoobronę psychiczną. Ponieważ mieszkaliśmy w dużej celi, powstała myśl urządzenia wspólnej wieczerzy wigilijnej. Wprawdzie złośliwe władze więzienne przełożyły termin zakupów żywności w kantynie na okres poświąteczny, więźniowie są jednak zawsze ludźmi przewidującymi i na wszelki wypadek każdy coś z poprzednich zakupów przechował. Z tych produktów postanowiliśmy przygotować wspólny wigilijny posiłek.

Nadszedł wreszcie moment wieczerzy wigilijnej, którą urządziliśmy po kolacji więziennej, składającej się z pół litra tzw. czarnej kawy z suszonych buraków i kawałka czarnego chleba. Po wyjściu oddziałowego z celi z kotłami, przystąpiliśmy do naszej wieczerzy wigilijnej. Na kilku stołach należących do stałego inwentarza celi, zasłanych wypranymi uprzednio we własnym zakresie prześcieradłami, ułożyliśmy resztki naszej żywności (…). Ksiądz – na prośbę kilku więźniów niewierzących, ale przywiązanych do polskiej tradycji – wygłosił krótkie okolicznościowe przemówienie. Potem wziąłem podany mi opłatek, przysłany w liście jednemu z kolegów z naszej celi. Szedłem po kolei do wszystkich, łamałem się szczyptą opłatka, wymieniając uścisk dłoni i składając wzajemnie z każdym pocałunek na twarzy (…). Wszyscy obecni płakali. Potem bardzo cichutko nucili kolędy.

Czwarta Wilia Zatora-Przytockiego przypadła na apogeum stalinizmu: rok 1951. O ile w poprzednich latach składano sobie życzenia „wolności”, to z biegiem czasu nadzieje na zobaczenie normalnego świata malały. Kapłan był coraz bardziej wycieńczony psychicznie i fizycznie. Dokuczał brak świeżego powietrza i ruchu. Już czwarte święta w więzieniu. Wszystkie takie same, ale równocześnie i inne. O urządzeniu namiastki kolacji wigilijnej mowy być nie może. Paczek z domu nie było. W kantynie więziennej nic kupić nie można. Za pokarm świąteczny służyła zwyczajna grochówka, czarny chleb i tzw. czarna, prawie niesłodzona, kawa z buraków suszonych (…).

Równie ciężka była kolejna „stalinowska” Wigilia, w roku 1952. Postanowiłem wstrzymać się zupełnie od pokarmów, by dzień ten spędzić na całkowitym poście. Dlatego też kaszy więziennej z dorszem podczas obiadu nie brałem. To zwróciło uwagę oddziałowego (…). Na kolację brukwi też nie przyjąłem. Doprowadziło to personel więzienny do autentycznej wściekłości. W swej tępocie ludzie ci nie rozumieli, że Przytocki podjął zwyczajowy wigilijny post katolicki, a dopatrywali się w tym jakiejś specjalnej politycznej, antykomunistycznej manifestacji… Ksiądz był za karę szykanowany jeszcze ostrzej niż dotąd. Tak znowu minął kolejny ciężki rok.

Dzień 24 grudnia 1953 r. spędziliśmy w stosunkowo niedużym gronie: 9 nas księży, 3 świadków Jehowy i 2 cywilów. Świadkowie Jehowy, jakkolwiek zawsze chętnie korzystali z naszej pomocy paczkowej, w dniu wigilijnym odmówili wspólnego spożywania wieczerzy przygotowanej z resztek pozostałych produktów żywnościowych, zakupionych poprzedniego dnia w kantynie więziennej. Oświadczyli wręcz, że żadnych świąt nie uznają i nie chcą siadaniem przy wspólnym stole popierać zabobonu (…). Aż do apelu przepędziliśmy ten Święty Wieczór na towarzyskiej rozmowie. W nocy, w ciemnościach mieliśmy pasterkę. Dziwna to była pasterka. Opłatek dostał któryś z kolegów w liście. Wino mszalne spreparowaliśmy z suchych winogron, które otrzymał w paczce jeden z kolegów. Ponieważ w nocy nie można było ani świecić światła, ani znajdować się poza łóżkiem, dlatego celebra odbywała się na leżąco i w ciemnościach (…).

Kolejne święta Bożego Narodzenia [1954 roku – T.S.] przeżywałem – zapisał ksiądz – niestety, ciągle we Wronkach (…). Całe święta spędziliśmy tylko we dwójkę, z zupełnie nowym lokatorem (…), panem Stanisławem z Krakowa, studentem ostatniego roku Wyższej Szkoły Handlowej (…). Z obiedniej zupy wyłowiliśmy kartofle. Z kantyny mieliśmy jeszcze puszkę konserwy rybnej i cebulę. Z kartofli wyłowionych z zupy przyrządziliśmy sobie sałatkę. Po więziennej kolacji złożyliśmy sobie życzenia, jak zwykle – spędzenia następnych świąt na wolności. Były to już moje siódme święta Bożego Narodzenia w więzieniu.

Każdego roku, jak wszyscy więźniowie, tak i ja łudziłem się, że to może ostatnie święta w więzieniu. W tym roku już uważałem te życzenia za zdawkowe, nie wierzyłem bowiem, aby rzeczywiście przed ukończeniem wyroku były jakiekolwiek możliwości wyjścia. A jednak, owe święta A.D. 1954, okazały się dla Przytockiego ostatnimi więziennymi… Wyszedł na wolność na mocy amnestii dnia 10 marca 1955 r. i powrócił na swą gdańską parafię.

źródło: Nowe Życie

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ