Mosiński: Głosowaniem w PE wyrządzono wielką krzywdę wolności słowa. Założono też knebel na mówienie o polskiej historii

ue.jpeg

UE zmierza w kierunku koncesjonowania wolności słowa i jest to bardzo zła praktyka, która kojarzy mi się z urzędem cenzury w PRL-u

— mówi portalowi wPolityce.pl Jan Mosiński, poseł PiS.

wPolityce.pl: Jak ocenia pan wynik głosowania w PE ws. odwołania Ryszarda Czarneckiego?

Jan Mosiński (PiS): Głosowanie ws. odwołania p. Ryszarda Czarneckiego pokazuje, że Parlament Europejski, jak i cała wierchuszka unijna stosują podwójne standardy. Słowa wypowiedziane poza Parlamentem Europejskim w kontekście polskich wydarzeń politycznych stały się przyczyną totalnej nagonki na europosła PiS. Natomiast skandaliczne wypowiedzi wypowiadane na forum PE przez Guya Verfostadta czy niegodna postawa europosłów polskiej opozycji pozostają bez echa. To sąd cywilny w Polsce powinien ocenić, czy p. Czarnecki naruszył czyjeś dobra osobiste czy nie. Róża Thun powinna dochodzić swoich racji w polskim sądzie, a nie na forum Parlamentu Europejskiego. To ograniczanie wolności słowa! Bo jak nazwać sytuację, w której jedni mogą swobodnie obrażać Polaków, a inni mają ograniczaną możliwość swobodnej wypowiedzi. UE zmierza w kierunku koncesjonowania wolności słowa i jest to bardzo zła praktyka, która kojarzy mi się z urzędem cenzury w PRL-u.

Czy w takiej sytuacji jest możliwe skuteczne upominanie się o prawdę historyczną?

Niestety jesteśmy świadkami ataku na Polskę, gdy chcemy mówić o naszych prawach i naszej historii. Gdy to robimy, zawsze ktoś musi to bagatelizować, umniejszać, a nawet zohydzać posądzając o rzeczy, których nie popełniliśmy. Wystarczy przypomnieć ostatnią debatę nt. Holokaustu. Oczywiście nasza troska o prawdę historyczną nie oznacza zamazywania historii. Chcemy mówić również o tych trudnych kartach, jak choćby o tych obywatelach polskich, którzy wydawali Żydów w ręce Gestapo. Trzeba jednak pamiętać, że szmalcownictwo nie jest tylko polskim zjawiskiem, ten sam proceder pojawiał się również w innych krajach Europy.

… gdzie za ukrywanie Żydów nie było takich represji jak w Polsce.

To prawda. U nas za ukrywanie Żydów okupant karał śmiercią. W obozach lub na miejscu – tak jak w przypadku rodziny Ulmów. Walka o prawdę historyczną na pewno będzie trudna. Zawsze znajdą się tacy politycy jak Guy Verhofstadt czy Róża Thun, którzy mówią, że polska jest jakimś nacjonalistycznym i autorytarnym krajem. Przepraszam bardzo, a kto dał im prawo mówienia, kto jest w Polsce faszystą czy nacjonalistą? Uważam, że głosowaniem ws. Ryszarda Czarneckiego wyrządzono wielką krzywdę wolności słowa. Uważam też, że założono knebel na mówienie o polskiej historii, choćby o ratowaniu przez Polaków innych nacji. Mieliśmy takich bohaterów jak rotmistrz Pilecki, jak Jan Karski czy wspomniani wcześniej Ulmowie. Państwo podziemne karało za jakąkolwiek współpracę z okupantem, podczas gdy na Zachodzie wydawano tysiące Żydów. Proszę mi wskazać drugie takie państwo w Europie! To są fakty, o tym trzeba mówić. Nie może być tak, że młodzież z Tel Awiwu przyjeżdża do Oświęcimia i patrzy na nas jak na zbrodniarzy, a potem jedzie do Berlina pląsając przy zimnym piwie gdzieś w pobliżu gmachu Gestapo, w którym również mordowano ich przodków. Do tego samego Berlina, w którym działała Stella Kübler-Isaacksohn, Żydówka, która wydała w ręce Gestapo od 600 do 3 tys. Żydów. Jako humanista patrzę na sprawę horyzontalnie – dostrzegam szmalcownictwo wśród obywateli polskich, ale również wśród obywateli francuskich czy niemieckich pochodzenia żydowskiego.

Politycy opozycji mówią, że przez działania na tej płaszczyźnie rządzący ograniczają liczbę potencjalnych sojuszników.

Konformizm Platformy Obywatelskiej i PSL-u jest porażający. Przez 8 lat żyliśmy w nurcie pedagogiki wstydu. MSZ nie reagował, gdy ze strony najwyższych przedstawicieli USA płynął przekaz o „polskich obozach śmierci”. Brak reakcji był cichym przyzwoleniem na mówienie nieprawdy. Niemcy mieli pieniądze i wpływy, dzięki którym sprawili, że dziś mówi się już tylko o „nazistowskich zbrodniarzach” i „nazistowskich obozach koncentracyjnych”, tak jakby naziści to był jakiś naród. Podobnie jest w przypadku ukraińskich nacjonalistów. Mówimy o banderyzmie, a nie o Ukraińcach?

Warto wspomnieć, że nowelizacja ustawy o IPN wywołała sprzeciw również naszych wschodnich sąsiadów…

To prawda, ale musimy pamiętać, że nie ma czegoś takiego jak naród banderowski – są Ukraińcy. Tak jak nie ma narodu nazistowskiego – są Niemcy. Prowadzimy trudną politykę, bo i trudne są relacje, ale to twarda polityka.

Czy w tę twardą politykę wpisuje się spotkanie Jacka Czaputowicza z ambasadorem Rosji? Szef MSZ powiedział jasno, że Polska oczekuje zwrotu wraku Tupolewa. A może to tylko słowa?

Nie mamy w tej chwili zbyt wielu instrumentów nacisku na stronę rosyjską jak tylko mówienie o tym przy każdej okazji. To trudny temat, ale niestety nie z naszej winy, tylko z winy Donalda Tuska i poprzedniego obozu rządzącego. Oddanie śledztwa stronie rosyjskiej było ewenementem na skalę światową. Być może chodziło o to, aby zacierać ślady. Myślę, że prawda zwycięży, choć będzie trudna. Fakty składane w sposób mozolny jak puzzle może w końcu pokażą, co naprawdę wydarzyło się w Smoleńsku. Rozmowę p. Czaputowicza z rosyjskim ambasadorem odbieram właśnie jako element takich puzzli.

źródło: wpolityce.pl

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ