Odwilż na linii Polska-KE? Waszczykowski: Może powoli dociera tam świadomość, że trzeba się z nami ułożyć. Nie ma definicji praworządności

Waszczykowski.jpg
fot:youtube

Komisarz Timmermans był też zapraszany przez nas do Polski – w 2016 roku wykorzystał to zaproszenie i podjąłem go w siedzibie MSZ. Natomiast kiedy przyjechał do Polski w 2017 roku już nie odwiedził MSZ, a poszedł na więc polityczny „Gazety Wyborczej”. Zatem cieszy, że teraz być może doszedł do wniosku, iż takie stanowcze działania, jakie podejmował przez ostatnie dwa lata, są nieskuteczne. Jesteśmy zdeterminowani, mamy mandat polityczny do tego, aby reformować nasz kraj

— powiedział w rozmowie z portalem wPolityce.pl Witold Waszczykowski, były szef MSZ.

wPolityce.pl: Szef KE Jean-Claude Juncker stwierdził dziś, że jest bardzo duża szansa na kompromis KE z Polską w sprawie reformy wymiaru sprawiedliwości. Z kolei według informacji RMF FM Frans Timmermans nie chce na razie, aby odbyło się głosowanie w sprawie uruchomienia wobec Polski artykułu 7. traktatu o UE. Czy według pana można zatem powiedzieć, że widać odwilż w stosunkach na linii Polska Komisja Europejska?

Witold Waszczykowski: W słowach wydaje się, że tak. Retoryka się zmieniła. Natomiast jak jest rzeczywiście to obecnie nie wiem, dlatego że nie prowadzę już tego dialogu. Prowadziłem go przez dwa lata i przez ten czas na każdą prośbę Komisji odpowiadaliśmy, pisząc solidny raport nt. sytuacji w Polsce albo odpowiadając jeśli sprawa była podnoszona w ramach rady do spraw ogólnych. Komisarz Timmermans był też zapraszany przez nas do Polski – w 2016 roku wykorzystał to zaproszenie i podjąłem go w siedzibie MSZ. Natomiast kiedy przyjechał do Polski w 2017 roku już nie odwiedził MSZ, a poszedł na więc polityczny „Gazety Wyborczej”. Zatem cieszy, że teraz być może doszedł do wniosku, iż takie stanowcze działania, jakie podejmował przez ostatnie dwa lata, są nieskuteczne. Jesteśmy zdeterminowani, mamy mandat polityczny do tego, aby reformować nasz kraj. Mamy też zapewnienie co najmniej Węgier, że ten końcowy etap uruchomienia procedury art. 7 nie zostanie zaakceptowany, zatem nie może być zakończony. Może to powoduje, że KE zaczyna szukać rozwiązania. Za chwilę będziemy mieli do czynienia z nowym rządem w Niemczech, który ma nową umowę koalicyjną, w której to Polska została przedstawiona jako ważny partner. W tym tygodniu będzie miała miejsce też wizyta premiera Morawieckiego w Berlinie. Być może Niemcy też doszli do wniosku, że szkoda tracić wymianę handlową z Polską wartą ponad 100 miliardów euro. Może powoli w KE dociera świadomość, że trzeba się z nami ułożyć, tym bardziej, że w żadnych dokumentach europejskich nie ma definicji praworządności.

Często w tym momencie urzędnicy unijni powołują się na art. 2 traktatu o UE.

Ale tam jest po prostu wymieniona „praworządność”, nie jest jednak zdefiniowana. Na tym polega problem. My uważamy, że przestrzegamy praworządności, nasze reformy są akceptowane przez wybrany w wyborach Sejm, Senat i Prezydenta. To znaczy, że my przeprowadzamy reformy zgodnie z cała procedurą legislacyjną w Polsce. Ta procedura jest prerogatywą każdego państwa członkowskiego. Nie ma wzorca praworządności w UE, zatem Komisarze nie mogą jej ocenić, skoro takiego wzorca nie ma.

Czy zatem widzi pan szansę na to, że rzeczywiście nie dojdzie w ogóle do ostatecznego głosowania dotyczącego procedury art. 7 przeciwko Polsce?

Myślę, że gdzieś latem tego roku ta sytuacja musi się w jedną bądź drugą stronę wahnąć. Albo KE będzie brnęła mając poparcie kilku największych państw w tę procedurę dyscyplinowania nas, albo jednak uzna, że nie ma do tego instrumentów i latem ta procedura zamrze.

Z jednej strony wydaje się, że może dochodzi do odwilży na linii KE-Polska, a z drugiej komisarz Oettinger potwierdził dziś, iż Komisja przygotowuje regulacje prawne, dot. uzależnienia funduszy unijnych od stanu praworządności. Ta sprawa z kolei zdaje się przeczyć temu, że Komisja chce się porozumieć z Polską.

To prawda, to trochę kontrproduktywne. Taki sprawa jest bardzo ciekawa, dlatego że takie powiązanie musiałoby być akceptowalne traktatem. Takim, który byłby akceptowalny przez wszystkie państwa członkowskie. Dzisiaj nie ma zgody, nie tylko w Polsce, na to by łączyć kwestię praworządności, która nie jest zdefiniowana, z kwestiami ekonomicznymi. Te kwestie ekonomiczne są poddane zupełnie innej logice. Jest to wyrównywanie poziomu życia, co jest opłacalne dla wszystkich krajów członkowskich. To jest rekompensata za otwarcie rynków, za to że silny kapitał zachodni może u nas działać. Poza tym wszyscy wiemy o tym, że znaczna część tych subwencji wraca na Zachód, bo kupujemy technologie, zaawansowane prace.

Nawiasem mówiąc o tym, że duża część pieniędzy przyznanych z budżetu UE wraca do Niemiec, mówił niedawno sam komisarz Oettinger.

No właśnie. Zatem nie ma prostej reguły, żeby narzucić taką logikę: praworządność za pieniądze, pieniądze za praworządność, bo to wymagałoby zmian traktatowych. Chyba, że zaczęto by, jak to modnie się mówiło w Polsce, „falandyzować” prawo europejskie i aktami wykonawczymi rozpoczęto regulować pewne dotacje, wydłużać terminy, rozszerzać jakieś warunki itd.

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ