Kołodziejski: Trudno uwierzyć, że izraelski dziennikarz śledczy nie zna losów własnej matki


Historia matki Ronena Bergmana, izraelskiego dziennikarza, który przedstawił ją premierowi Morawieckiemu podczas konferencji prasowej w Monachium, ma kolejne luki. Wówczas Bergman nie był w stanie określić wieku swojej matki, którą podczas wojny mieli prześladować Polacy. Teraz pojawiły się wątpliwości, czy jego matka w ogóle przebywała na terytorium Polski.

Przypomnijmy, że w lutym Bergman opowiadał w Monachium, że jego matka w wieku 5 lat tak dobrze mówiła po polsku, że przed wojną dostała dyplom od „polskiego ministra”. Później ta znajomość polszczyzny miała jej uratować życie, gdy podsłuchała, jak przechowujący ją i jej rodzinę chłopi, chcą ją wydać gestapo. Bardzo szybko okazało się, że ta historia jest niespójna. Ten sam dziennikarz zaledwie rok wcześniej pisał o dzieciństwie swojej matki. Twierdził wówczas, że jego matka w wieku 5 lat „pochowała ojca w śniegu, cicho, by nie usłyszeli naziści”. Ostatni rok szkolny w II RP skończył się w czerwcu 1939 roku, a masowy mord na Żydach zaczął wraz z napaścią Niemiec na Związek Sowiecki. Pierwsza zima po nim była dopiero w listopadzie 1941 roku. Nie można mieć dwa razy pięciu lat. Na pytania dotyczące wieku jego matki Bergman reagował irytacją lub milczeniem. W końcu, dzięki odnalezionemu zdjęciu grobu jego matki, okazało się, że Miriam Bergman zmarła w 1993 roku w wieku 57 lat (a więc urodziła się nie wcześniej niż w 1935 roku), zatem historia o wręczeniu jej przez ministra dyplomu za „dobrą polszczyznę” jest – w najlepszym wypadku – mocno podkoloryzowana.

Bergman opowiadał jednak również, że jego matka pamiętała doskonale jakimi antysemitami byli rodzice jej „kolegów z klasy” i dlatego postanowiła, że nie będzie nigdy więcej mówić po polsku. Zamiast polskiego wolała posługiwać się niemieckim. Jednak wówczas pojawia się pytanie, gdzie dziesięcioletnia dziewczynka, jaką tuż po wojnie była Miriam Bergman, miała nauczyć się niemieckiego? Jeżeli chodziła do szkoły w komunistycznej Polsce, to nie mogła się w niej w tamtych czasach nauczyć niemieckiego. Jeżeli natomiast znalazła się w jednym z obozów dla uchodźców wojennych w Niemczech lub Austrii, to… nie miała polskich kolegów z klasy.

Trochę światła na te sprzeczności rzucają wyniki kwerendy przeprowadzonej w archiwum Centralnego Komitetu Żydów Polskich (CKŻP). Po wojnie do CKŻP zgłaszali się ocaleni z Zagłady Żydzi. Jeżeli chcieli legalnie wyemigrować z Polski warunkiem była rejestracja w Wydziale Emigracyjnym i Repatriacyjnym CKŻP. Skoro zatem młoda Miriam wraz z matką znajdowały się – zdaniem Ronena Bergmana – w Polsce i chciały ją opuścić, to w archiwach wydziału powinien znaleźć się jakiś ślad na ich temat. Pewnym problemem jest brak wiedzy na temat nazwiska panieńskiego matki Ronena Bergmana (sam nie chciał nic na ten temat mówić, a w oficjalnych wywiadach przeprowadzanych z nim m.in. na antenie TVN, nie zadawano mu trudnych pytań), zatem należało szukać po prostu Miriam urodzonej w Buczaczu około 1935 lub 1936 roku. I co się okazało? Że w archiwach Wydziału Emigracyjnego i Repatriacyjnego CKŻP znajduje się tylko jedna osoba w podobnym wieku o tym imieniu. Jest nią urodzona w 1937 roku Miriam, która znalazła się w wykazie Żydów przygotowanym przez Komitet Opieki Społecznej przy Radzie Żydowskiej w Radzyniu Podlaskim w 1940 roku. A zatem według wszelkiego prawdopodobieństwa nie jest to matka Ronena Bergmana.

Co to oznacza? Przede wszystkim to, że matka Ronena Bergmana nie zarejestrowała się w CKŻP, a zatem prawdopodobnie nie wyemigrowała z Polski po wojnie. Jak zatem wyjaśnić jej przyjazd do Izraela w 1949 roku? Chyba tylko tak, że po wojnie musiała już przebywać poza Polską. Być może w Niemczech, gdzie uczyła się niemieckiego. I gdzie jej koledzy z klasy mieli antysemickich rodziców.

Trudno uwierzyć, że Ronen Bergman – znany dziennikarz śledczy – nie zna historii własnej matki. Skąd zatem te nieścisłości?

autor: Konrad Kołodziejski

źródło: wpolityce.pl

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ