Sutowicz: Kwestia żydowska

Izrael.jpg

Rozpalona ostatnio dyskusja o polskiej noweli ustawy o IPN na nowo wprowadziła do obiegu pojęcie kwestii żydowskiej. Rzecz wydaje się być niezwykle ciekawa z kilku powodów. Od dawna większości Polaków wydawało się, że sam termin „kwestia żydowska” nabrał cech jedynie historycznych i mówimy o nim tylko w odniesieniu do sumy relacji narodu polskiego oraz społeczności żydów polskich, które miały swoje odniesienia kulturowe, religijne i międzynarodowe, ale wraz z przeprowadzonym przez państwo niemieckie holokaustem jedna ze stron owego procesu dziejowego najnormalniej przestała istnieć. Ci Żydzi polscy, którzy ocaleli, albo wyjechali do swej nowo stworzonej siedziby państwowo-narodowej, którą stał się Izrael, bądź wybrali inne miejsce w świecie do życia, lub też pozostali w Polsce, tworząc maleńką jak na historyczne tradycje mniejszość kulturowo-religijną, trochę podobną do tatarskiej ormiańskiej czy karaimskiej, która właściwie niknie na naszych oczach. Inną sprawą jest ich udział w powojennej rzeczywistości politycznej, który mamy prawo oceniać pod kątem naszego narodowego interesu. Na skutek pewnych wydarzeń politycznych, odnoszących się do naszego suwerennego porządku prawnego, okazało się, że dyskurs polsko–żydowski nabrał takich cech ostrości, jakby na nowo zaczęła żyć u nas wielomilionowa masa żydowska, której na nowo grozi ludobójstwo. Niektórzy na pewno przecierali oczy ze zdumienia, inni zaś zacierali ręce.

Tych ostatnich można podzielić na dwie grupy. Pierwsza z nich to rzeczywiście antysemici patrzący na Żydów tak, jakby nadal trwała II Rzeczpospolita. Ludzie ci nadal używają stworzonych wówczas, a odnoszących się do walki ekonomicznej i politycznej tamtych czasów haseł, z lubością czytają broszurki oraz niekoniecznie głupie książki, jakie w dwudziestoleciu międzywojennym powstały na ten temat, używając ich zawartości „ni priczom” w stosunku do dzisiejszych realiów. Wreszcie chętnie sięgają po niekiedy egzotyczne wzorce antysemityzmu wypracowywane w Europie zachodniej czy Ameryce, przeszczepiając na grunt polski rzeczy niekiedy dziwne. Ci powtarzają z zadowoleniem: „a nie mówiliśmy”. Dla nich rzeczona sytuacja jest wodą na młyn, nie liczą się tu bowiem interesy polskie, których powinni bronić, lecz najnormalniejsze w świecie uprzedzenia pozbawione logiki.

Druga grupa to ludzie zadowoleni z wybuchu konfliktu polsko–żydowskiego, pozornie pozostający na antypodach zwyczajnego biologicznego antysemityzmu. Najczęściej cechują się co najmniej lewicowym podejściem do rzeczywistości. Z tymi pierwszymi łączy ich obojętność na polski punkt widzenia, chociaż sposób, w jaki to artykułują i dokonują redystrybucji swoich poglądów, czyni z nich ludzi niebezpiecznych dla nas. Środowiska te najczęściej poprzestają na ogłaszaniu, że Polacy to antysemici, którzy nie chcą się przyznać do tego, że do spółki z nazistami mordowali Żydów, do dziś żyją w lasach pod Wodzisławiem czcząc pamięć swojego wodza Adolfa Hitlera, jako naród są niebezpieczni, a do tego wraz z katolicyzmem przyjmują biologiczny antysemityzm za swe najgłębsze credo. Póki naród polski nie zostanie poddany mocnej reedukacji, Żydzi nie mogą się czuć bezpiecznie. Ponieważ środowiska te posiadają swoje mocne wpływy w ośrodkach kształtujących światową opinię publiczną, to w świecie bardzo szybko utrwala się wizerunek Polaka-antysemity z nożem w zębach. Oczywiście środowiska te wcale nie kierują się jakimś nadmiernym filosemityzmem. Los narodu żydowskiego jest im co najwyżej totalnie obojętny. Tu chodzi o ideologię, która wykorzystuje nową linię frontu, jaka się pojawiła.

Kwestia kolejna to pytanie, o co chodzi samym Żydom reprezentującym oficjalne ośrodki. W wielu mediach pojawiają się opinie, że chodzi o pieniądze – te które byłyby do wyrwania z ustawy reprywatyzacyjnej. Sprawa jest prosta: państwo Izrael i organizacje żydowskie w świecie, nie wiedzieć czemu, uważają się za spadkobierców zamordowanych przez Niemców obywateli polskich wyznania i pochodzenia żydowskiego. Wiadomo, że często ginęli oni całymi rodzinami i rzeczywiście trudno znaleźć krewnych, którzy mogliby się o jakieś odszkodowania za mienie starać. Że mamy tu do czynienia z prawem kaduka, to rzecz, która światowe środowiska żydowskie nie interesuje. Chciałoby się zapytać, po co Izraelowi polskie pieniądze. Otóż odpowiedź już na pierwszy rzut oka jest prosta – one nie śmierdzą także w Tel Awiwie. Jak wiadomo, byt polityczny siedziby narodu żydowskiego bezpieczny nie jest. Kraj położony w miejscu otoczonym przez Arabów, do tego bardzo niestabilnym, musi wydawać mnóstwo pieniędzy na swoją obronę i funkcjonowanie na jakim takim poziomie. Od wielu lat przedsiębiorstwo „holocaust” pompuje pieniądze, które mają pomóc Izraelowi w przetrwaniu, i nagle ktoś, kto, jak się wydawało, miał być kolejnym sporym donatorem, próbuje wymknąć się z tej funkcji. Ogłasza oczywistą, zdawałoby się, rzecz, że nie miał nic wspólnego z rzeczoną zbrodnią, a kto w tej kwestii mówi inaczej, kłamie i za owo kłamstwo będzie ścigany prawem. W całej sprawie wydarzyła się przy okazji rzecz bardzo ciekawa. Oto Minister Spraw Zagranicznych Niemiec, Sigmar Gabriel a nawet Kanclerz Angela Merkel, ogłaszają w szczytowym okresie nagonki na Polskę, że holokaust jest winą narodu niemieckiego, a nie Polaków. Być może liczą na to, że w zamian Polska wyrazi choćby na milczącą zgodę na Nord Stream II, który to projekt wydaje się być dla Niemiec sprawą priorytetową. Wydawało się, że strona żydowska powinna była tę sprawę pociągnąć, a tymczasem po tej stronie chyba nic się nie wydarzyło – po prostu Niemcy swoje zapłacili i teraz mogą robić, co chcą, nawet wydawać na nowo „Mein Kampf”.

Być może sprawa przekłada się na kwestie głębsze, o czym również trochę zaczyna się mówić. Państwo żydowskie znajduje się w tak kruchym i nieżyczliwym otoczeniu, że niektórzy z jego obywateli nie chcą ładować pieniędzy w jego utrzymanie, lecz pozyskać środki niezbędne do zbudowania sobie wygodnego miejsca do życia. W tym kontekście ważne są zarówno pieniądze, jak i nieruchomości oraz inne elementy trwałe, które mogłyby stać się zaczątkiem tego, co Żydzi robią najlepiej, czyli interesów. Jest to dosyć abstrakcyjna koncepcja, ale uważnie przestudiowana nabiera cech racjonalności.

Tak czy inaczej wydaje się, że środowiska żydowskie popełniły błąd w postępowaniu z Polską. Nie uzyskały życzliwości żadnej liczącej się grupy społecznej w naszym narodzie. Rzeczywiście, wzbudziły nieufność do siebie u ludzi, którym do tej pory kwestia żydowska była głęboko obojętna. Wbrew pozorom, reakcje międzynarodowe nie przerodziły się w nie wiadomo jak dużą falę dyplomatycznego wsparcia Izraela w jego batalii, w której za cienkim parawanikiem zbudowanym z historii czaiły się pieniądze. Po prostu, chyba nikt nie chce być następny w kolejce. Poza tym, Europa zachodnia ze swymi licznymi muzułmańskimi mniejszościami nie ma ochoty wdawać się w spory, które w konsekwencji staną się zarzewiem kolejnych konfliktów na ich terytoriach.

Izrael, który całą sprawę nakręcił, powinien zrozumieć, że najlepiej zdobywa się czyjąś życzliwość robiąc z nim uczciwe interesy, a nie próbując go łupić. Poza tym, nie jest do końca w porządku wkręcanie w konflikt niewielkiej żydowskiej społeczności żyjącej w Polsce i czynienie z niej ofiary swoich mniej lub bardziej wyimaginowanych interesów. Polacy, jako naród, i państwo powinni natomiast solidnie zabrać się za mówienie o polskiej historii za granicą tak, żeby inni nie robili tego po swojemu.

Piotr Sutowicz

Tekst ukazał się pierwotnie w czasopiśmie „Słowo Wrocławian”

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ