Prof. Paruch: Teza o kryzysie w relacjach między prezydentem a większością parlamentarną jest nadużywana

materiały prasowe

Nie przerysowywałbym znaczenia tego weta. Będzie inicjatywa prezydenta, będą prace nad tą ustawą. Ona musi zawierać sensowne rozwiązania prawne. Wcześniej czy później zostałaby skierowana do Trybunału Konstytucyjnego. Mógłby ją zaskarżyć do Trybunału np. Rzecznik Praw Obywatelskich. Według mnie, mało prawdopodobne jest, żeby te przepisy utrzymał się w obecnej postaci

— mówi w rozmowie z portalem wPolityce.pl prof. Waldemar Paruch, politolog, członek Rady Programowej PiS.

wPolityce.pl: Panie profesorze jak należy rozumieć zawetowanie przez prezydenta Andrzeja Dudę ustawy degradacyjnej? Dla wielu osób to niezrozumiała decyzja.

Prof. Waldemar Paruch: Prezydent jest odrębnym organem władzy państwowej. Zarzuty, że prezydent nie uzgadniał wcześniej swojego stanowiska z Sejmem i z większością sejmową mijają się z zasadą odrębności władz w Polsce. Prezydent doszedł do wniosku, że ustawa ma wady prawne, bo tak argumentował zastosowanie przez siebie weta. Dodał, że po świętach podejmie inicjatywę wystąpienia z nowym wnioskiem projektu ustawy. Być może zrobi to na bazie tej ustawy. To nie zostało przez prezydenta doprecyzowane. Natomiast bardzo wątpliwy jest swoisty hałas medialny, że są jakieś wielkie rozbieżności między prezydentem a większością sejmową. Prezydent zastosował weto tylko w trzech przypadkach.

Jego poprzednicy chętniej i częściej sięgali po weto.

Tak. Teza o rzekomym kryzysie w relacjach pomiędzy prezydentem a większością parlamentarnym jest nadużywana. Trudno sobie wyobrazić, żeby w państwie demokratycznym, gdzie mamy tak szeroką i spluralizowaną wewnętrznie zjednoczoną prawicę była pełna zgodność zdań we wszystkich projektach ustawodawczych, które przechodzą przez Sejm. Toczy się pewna dyskusja. Co ciekawa ta dyskusja częściej się toczy wewnątrz obozu Zjednoczonej Prawicy niż między partiami opozycyjnymi a Zjednoczoną Prawicą. Opozycja neguje wszystko. Trudno sobie wyobrazić sensowną merytoryczną dyskusję między trzema partiami rządzącymi a stronnictwami opozycyjnymi. Dyskusja zamienia się w zestaw inwektyw, padają różnego rodzaju wypowiedzi z mównicy sejmowej, w trakcie których należy jedynie milczeć, bo wszelka wypowiedź merytoryczna powoduje eskalację konfliktu na poziomie narracji i komunikacji politycznej.

Nie przerysowywałbym znaczenia tego weta. Będzie inicjatywa prezydenta, będą prace nad tą ustawą. Ona musi zawierać sensowne rozwiązania prawne. Wcześniej czy później zostałaby skierowana do Trybunału Konstytucyjnego. Mógłby ją zaskarżyć do Trybunału np. Rzecznik Praw Obywatelskich. Według mnie, mało prawdopodobne jest żeby te przepisy utrzymał się w obecnej postaci.

Ma pan na myśli brak trybu odwoławczego w ustawie degradacyjnej?

Trudno sobie wyobrazić podejmowanie decyzji w państwie demokratycznym nawet wobec osób nieżyjących, gdy nie ma żadnego trybu odwoławczego. To byłoby specyficzne rozwiązanie prawne. Mało prawdopodobne, żeby Trybunał Konstytucyjny utrzymał je w mocy.

W ubiegłym tygodniu w „Rzeczpospolitej” ukazał się sondaż w którym 28 proc. ankietowanych opowiedziało się za ustawą degradacyjną, w tym tylko 16 proc. badanych było zdecydowanie za wprowadzeniem tego aktu prawnego.

Większość wyborców, nie tylko spośród ogółu wyborców, ale większość elektoratu PiS słabo rozumie politykę historyczną skierowaną wobec „duchów przeszłości”. Nie ma dużej akceptacji społecznej wobec rozwiązania degradacyjnego, zwłaszcza w wersji dość szerokiej. Były dyskusje medialne i pomysły polityczne, żeby projekt ustawy degradacyjnej dotyczył kilkudziesięciu tysięcy oficerów, którzy byli zaangażowani we wprowadzanie stanu wojennego. Stan wojenny w sensie wojskowym był operacją przeprowadzaną we wszystkich gminach, we wszystkich zakładach pracy, komisarzy stanu wojennego było bardzo wielu. Była dyskusja polityczna, żeby ustawa objęła tę szeroką grupę prawdopodobnie kilkudziesięciu tysięcy komisarzy stanu wojennego.

Widzi pan związek wzrostu poparcia dla Sojuszu Lewicy Demokratycznej SLD z ustawą degradacyjną?

Mają stabilne poparcie na poziomie 8 punktów procentowych. Jeszcze w styczniu, lutym poparcie dla SLD wahało się na poziomie 4-7 proc. To by wskazywało, że elektorat SLD budzi się albo jest przesuwany z poparcia dla innych partii politycznych. W ostatnim okresie rządów POPSL elektorat SLD raczej nie kierował swoich sympatii w kierunku PO. Platforma nie była partią akceptowaną przez elektorat Sojuszu. SLD nie ma w parlamencie, a poparcie dla Sojuszu wzrasta mimo, że Sojusz nie wykazuje wyjątkowej aktywności politycznej. Nie organizuje przecież żadnych wiecy czy konferencji programowych.

źródło: wpolityce.pl

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ