Wassermann: “Należy zapytać, jak pan Adamowicz zarządza majątkiem Gdańszczan, skoro mu takie kwoty uciekają?”

fot. youtube.com

Mam na myśli tę oplatającą ośmiornicę, która wydaje się, że w Gdańsku jest naprawdę duża. I jeżeli to przemnoży się jeszcze przez rodzinę i znajomych, to naprawdę daje potężną ilość osób. I myślę, że to jest to, na co obecnie liczy prezydent Gdańska. Mam jednak nadzieję, że mieszkańcy Gdańska otworzą oczy i dostrzegą to, że oni nic z tego nie mają, a są tylko ofiarą pajęczyny, która oplata miasto

—mówi w rozmowie z portalem wPolityce.pl Małgorzata Wassermann (PiS), przewodnicząca komisji śledczej ds. Amber Gold.

 

wPolityce.pl: Wraca sprawa prezydenta Pawła Adamowicza, który zataił w oświadczeniu majątkowym za rok 2012 aż 180 tys. zł. Jak komentuje Pani tę sprawę?

Małgorzata Wassermann: Jeżeli chodzi o postawę dotyczącą finansów i niejasności z tym związanych, to najbardziej uderzyła i zszokowała mnie wypowiedź pana Adamowicza na komisji w czasie przesłuchania. Zadaliśmy mu pytanie o osobę jednego z wiceprezydentów, który w Gdańsku ma określenie „walizeczka”. Pojawił się tam dość mocno opisany wątek korupcyjny, aktualnie prowadzony przez prokuraturę w kontekście działań Marcina P. i gdańskiego urzędu miasta. Zapytaliśmy pana Adamowicza, czy w ogóle o tym wie i poprosił owego wiceprezydenta o wyjaśnienie. Stwierdził, że go to w ogóle nie interesuje i nie będzie się takimi rzeczami zajmował. Dodał, że go o to nie pytał, bo jako prezydentowi nie jest mu to do niczego potrzebne.

Pamiętamy te szokujące słowa. O czym one świadczą?

Jeżeli sama kierowałabym podobnym urzędem i pojawiłoby się podejrzenie o korupcję- a tam przypomnę chodziło o 2 mln euro- to natychmiast zażądałbym wyjaśnień od swojego wiceprezydenta. Być może byłaby wtedy też podstawa do wyciągnięcia konsekwencji. Tymczasem pan Adamowicz wykazywał postawę pt. „w ogóle mnie to nie interesuje”. To pokazało najlepiej, jaki stosunek do ewentualnych niejasności na tle finansowym ma pan prezydent Adamowicz. Na to nakładają się krążące w przestrzeni medialnej tłumaczenia odnośnie pieniędzy, za które zostały zakupione jego mieszkania. Wyjaśnienia, skąd miał na nie pieniądze, były infantylne.

Infantylne nie są również jego tłumaczenia, że te pomyłki w oświadczeniach są wynikiem błędu pisarskiego?

Oczywiście. Tak samo, jak mówienie o tym, że dziadkowie zbierali do skarpetki pieniądze i dawali je kilkuletnim dzieciom, o czym w zasadzie pan Adamowicz nie wiedział. Drugą rzeczą jest to, jaki był stosunek organów ściągania do pana Adamowicza za czasów PO. Świadczy o tym najlepiej wynik postępowań wtedy prowadzonych, o ile pamiętam CBA zgłosiło przestępstwo. Pan prezydent Adamowicz tłumaczył się, że to były darowizny. W takim razie rodzi się pytanie, czy zostały one zgłoszone do Urzędu Skarbowego. Jeżeli tak się nie stało, to pamiętajmy, że od nieujawnionych źródeł jest podatek. O ile pamiętam gdański Urząd Skarbowy i prokuratura nie zareagowały w odpowiedni sposób. Czynione jest to dziś nie dlatego, że ktoś poluje na pana prezydenta Adamowicza, ale dlatego, że ten materiał, który został zgromadzony w ówczesnym czasie przez CBA jest bardzo wymowny.

Jak to możliwe, by Adamowicz „zapomniał” wpisać w oświadczenie tak wysokiej kowty?

Mogę w jakiś sposób przyjąć tłumaczenie, że ktoś zapomniał wpisać paru złotych czy parudziesięciu, bo mu to uciekło. Natomiast kwota 180 tysięcy jest bardzo duża, więc należy zapyta, jak pan Adamowicz zarządza majątkiem Gdańszczan,skoro mu takie kwoty uciekają? Całe to jego tłumaczenie, które mieliśmy do tej pory, jest nieprzekonywujące. Pan prezydent sam ogłosił się kandydatem na prezydenta, chyba uprzedzając pewne fakty. Zdaje sobie sprawę, że od zarzutów prokuratorskich nie ucieknie, a jego jedyną obroną będzie mówienie, że to jest polowanie polityczne z uwagi na fakt, że startuje w wyborach. To jest bardzo czytelne.

Sądzi Pani, że wyborcy przejrzą na oczy i „odspawają go od stołka”?

Na Gdańsk i to, co się tam dzieje patrzę przez pryzmat czegoś, co nazwałabym „układem gdańskim”. Odwołam się tutaj do zeznań pana Sylwestra Latkowskiego i Michała Majewskiego, które jednak w dużej części mają odzwierciedlenie w materiale dowodowym. To jest tak, że tam każdy jest czyimś znajomym. Właśnie to nazywam „układem gdańskim”- jeżeli ja tobie nie zrobię krzywdy w moim urzędzie, to ty nie zrobisz mi krzywdy w twoim. Ale w zasadzie trzeba jeszcze bardzo ostrożnie się poruszać, bo ja mam jeszcze rodzinę i znajomych. Gdy dotknę znajomego królika, to zaraz będzie telefon, żeby go nie ruszać. Tak to w Gdańsku funkcjonuje, przynajmniej jawi mi się taki obraz. Stąd nie stawiałabym tezy, że pan prezydent Adamowicz jest kompletnie pozbawiony szans wyborczych. Nie mam tu jednak na myśli mieszkańców Gdańska, zwykłych obywateli, którzy w tym mieście żyją, pracują i płacą podatki. Mam na myśli tę oplatającą ośmiornicę, która wydaje się, że w Gdańsku jest naprawdę duża. I jeżeli to przemnoży się jeszcze przez rodzinę i znajomych, to naprawdę daje potężną ilość osób. I myślę, że to jest to, na co obecnie liczy prezydent Gdańska. Mam jednak nadzieję, że mieszkańcy Gdańska otworzą oczy i dostrzegą to, że oni nic z tego nie mają, a są tylko ofiarą pajęczyny, która oplata miasto.

źródło: wpolityce.pl

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ