Bohater z Iraku ma problemy z prokuraturą

foto: prywatne arch

W tym tygodniu minęło 14 lat od słynnej obrony ratusza w Karbali, gdzie od 3 do 6 kwietnia 2004 r. Polacy walczyli przeciwko irackim rebeliantom. Wśród bohaterów tamtych dni są żołnierze z Dolnego Śląska.

Przypomnijmy, że prowincja Karbala znajdowała się w strefie odpowiedzialności operacyjnej 2 Grupy Bojowej, której bazą był Camp „Lima” ulokowany na obrzeżach miasta. Znajdował się w niej polski batalion, oddział inżynieryjny z Tajlandii i szpital wojskowy na bazie polskiej grupy medycznej. W tym także kilku żołnierzy z 23 brygady artylerii z Bolesławca.

W ratuszu w Karbali znajdowała się z kolei siedziba władz prowincji, policja i więzienie. Stworzono w nim także tzw. JCC – połączone centrum koordynacji, do którego zadań należało kierowanie siłami reagowania kryzysowego. Z tego powodu w ratuszu odbywały się całodobowe dyżury polskich żołnierzy.

Słynne walki o ratusz rozpoczęły się 3 kwietnia podczas muzułmańskiego święta Aszura. Wtedy do Karbali zaczęli przybywać szyiccy pielgrzymi. Wieczorem w odpowiedzi na prośbę o pomoc wystosowaną przez komendanta miejscowej policji, polskie siły szybkiego reagowania z bazy gdzie stacjonowały zostały skierowane do ratusza.

– Nie byliśmy na to przygotowani. Dostaliśmy informację, że najprawdopodobniej mamy po prostu kogoś stamtąd odebrać. Dlatego nie zabraliśmy dużo amunicji, wody ani racji żywnościowych – wspomina w rozmowie z Dodatkiem  Dolnośląskim starszy chorąży rezerwy Jacek Musiał (wówczas na potrzeby misji w stopniu plutonowego). – Nie zabraliśmy dużo broni, bo broń po prostu była i każdy ją miał. Miałem też dwie taśmy nabojowe każda po 100 szt. Po raz pierwszy ostrzelano nas, gdy tylko wjechaliśmy na plac ratusza. Nad naszymi głowami pojawiły się pociski smugowe. Zacząłem strzelać tam, gdzie w oknach widziałem błyski strzałów. Pamiętam jak przeleciały nad naszymi głowami dwa pociski RPG i rozbiły się jakieś 50 m za nami. Kazałem wszystkim uciekać z samochodu marki „Tarpan” i schować się za rogiem budynku, a ja w tym czasie ubezpieczałem ich odwrót prowadząc ogień ze swojego km PK 7,62mm (pulomiot kałasznikowa). Gdy już byli bezpieczni sam wyskoczyłem z samochodu i biegnąc kierowałem się w stronę moich kolegów. Wtedy obok mnie przeleciał pocisk RPG i wybuchł jakieś 15-20 m ode mnie. Fala uderzeniowa powaliła mnie na ziemię. Nic mi się nie stało, ale w uszach miałem straszny pisk, a w głowie wszystko wirowało. Biegnąc pod ścianę widziałem jak obok barykady przejeżdża arabski samochód z kierowcą i strzelcem, który siedział z boku i prowadził z auta ogień do broniących barykady żołnierzy bułgarskich. Żołnierze nie byli dłużni i otworzyli ogień ze swoich karabinów w stronę jadącego pojazdu. Ich pociski smugowe wpadały przez blachy auta aż trafiły w zbiornik z benzyną. Pojazd wybuchł płomieniem i zakończył swoją jazdę na ścianie domu, który stał obok ulicy. Kierowca zginął na miejscu, ale strzelec cały paląc się wybiegł z samochodu gdzie został dobity przez żołnierzy bułgarskich. Zajście trwało możne kilka sekund – dosłownie tyle ile potrzebowałem na przebiegnięcia 30-metrowego odcinka. Ale wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie, jakby czas na chwilę się zatrzymał – mówi nam Jacek Musiał, który dziś mieszka w Bolesławcu i ma problemy z prokuraturą, która oskarżyła go o nielegalne posiadanie broni. Dodajmy – broni hukowej, którą bez żadnych pozwoleń można kupić w wielu polskich sklepach internetowych jako legalną.

W ratuszu w Karbali walczyło 15 polskich żołnierzy. Pozostała też pielęgniarka oraz kilkunastu żołnierzy bułgarskich z bazy „Kilo”. Z kolei w skład sił rebelianckich wchodziły głównie oddziały milicji Armii Mahdiego, bojownicy Al-Kaidy, a nawet, wedle późniejszych relacji polskich żołnierzy, najemnicy i Czeczeni.

Po południu 4 kwietnia polscy i bułgarscy żołnierze przygotowali stanowiska w ratuszu. W tym dniu siły rebelianckie przeprowadziły serię zamachów, w których zginęło ok. 140 irackich cywilów. W tym czasie doszło też do masowej dezercji oddziałów irackiej policji, która stacjonowała w ratuszu.

– Byliśmy bardzo zmęczeni. Jeden z kolegów schował do kieszeni nabój i powiedział, że ten w razie czego zostawi dla siebie. Odpowiedziałem mu, że ja mam rodzinę, dzieci. I nawet jak zabraknie amunicji to będę walczył choćby i nożem – mówi Jacek Musiał.

Rebelianci atakowali głównie nocą – zaczynali po wieczornej modlitwie i kończyli tuż przez poranną. Mimo zabicia już w pierwszą noc kilkudziesięciu bojowników, Irakijczycy szturmowali ratusz nadal. Bezskutecznie.

Czwartego dnia oblężenia do skrajnie wyczerpanych, pozbawionych amunicji i żywności Polaków i Bułgarów dotarli z odsieczą żołnierze z 18 Bielskiego Batalionu Desantowo-Szturmowego. Był to jednocześnie koniec bitwy. Garstka rebeliantów, której udało się przeżyć postanowiła się wycofać.

Za swoją postawę w Iraku Jacek Musiał został odznaczony przez Prezydenta RP ś. p. Lecha Kaczyńskiego “Gwiazdą Iraku” z dwoma mieczami, a Brązowy Medal “Za Zasługi Dla Obronności Kraju” otrzymał z rąk ś. p. Jerzego Szmajdzińskiego. Z kolei Amerykanie uhonorowali go medalami “Iraq Freedom” i “medal NATO W Służbie Pokoju”.

Do wojska wstąpił gdy miał 19 lat. Najpierw do szkoły chorążych wojsk zmechanizowanych w Poznaniu.

– Po trzy letniej służbie i awansie na stopień młodszego chorążego zostałem wysłany na odpowiedzialne stanowisko adekwatne do przyznanego stopnia. Najpierw byłem dowódcą plutonu w komendzie ochrony, a następnie trafiłem do Bolesławca jako szef baterii wyrzutni rakietowych BM21 czyli tzw. ulepszonych katiuszy – mówi. – Od zawsze chciałem być żołnierzem i służyć mojej ojczyźnie, Polsce. Te wartości przekazała mi rodzina. Obaj moi dziadkowie walczyli w 1939 r. Jeden w Warszawie, drugi w Sandomierzu aż po Wilhelmshaven – zaznacza.

Dziś Jacek Musiał ma problemy z polską prokuraturą. Wszystko zaczęło się dwa lata temu w Zgorzelcu, gdy patrolując wraz z kolegą z firmy „Fenix” różne powierzone im do ochrony obiekty, zauważyli podejrzaną osobę, która na ich widok zaczęła uciekać.

Podejrzany mężczyzna – według relacji świadków – po chwili jednak zrezygnował z ucieczki. Patrol postanowił go wylegitymować i przekazać Straży Granicznej. Okazało się, że to Syryjczyk.

– Kiedy widzi się osobę, która ucieka ze strzeżonego obiektu, za którego bezpieczeństwo firma ponosi odpowiedzialność, to człowiek wcale nie myśli o jego narodowości – mówi nam Jacek Musiał.

W związku z wylegitymowaniem Syryjczyka przeszukano firmę ochroniarską Fenix i domy jej pracowników. Ochroniarze mieli dwa rodzaje broni ZORAKI R1 K10 6 mm i pistolet alarmowy P99. Sprawdziliśmy. Oba można łatwo kupić przez internet. Sprzedawcy umieszczają podpis, że broń nie wymaga żadnych zezwoleń i jest dostępna dla osób, które skończyły 18 lat. Żeby ją kupić, wystarczy podać adres do wysyłki i zrobić przelew. Mimo to, prokuratura postawiła Jackowi Musiałowi zarzuty nielegalnego posiadania broni i skierowała do sądu akt oskarżenia.

– Strzelałem chyba z każdej broni na świecie. Także z eksponatów kolekcjonerskich. Nawet z armat, rakiet, karabinów i czołgów. Na misjach zagranicznych nie było dobrych dni. W Iraku i Kosowie codziennie musieliśmy używać broni, bo za każdym rogiem ktoś był. To było dla nas, żołnierzy ogromne wyzwanie – mówi nam Jacek Musiał.

Wcześniej, jak przyznaje, strzelał na szkoleniach kilka razy tygodniowo. Jego doświadczeń najwyraźniej nie wzięła polska prokuratura.

W marcu Sądzie Rejonowym w Zgorzelcu miała się odbyć kolejna rozprawa, ale została odroczona. Sąd czeka na opinię niezależnego eksperta. Wszystko w związku z rozbieżnością pomiędzy opinią policji a wojska. W poprzedniej sprawie zeznawał bowiem zawodowy żołnierz – kapitan wojska Polskiego z Warszawy, który wyraźnie zaznaczył, że wskazana broń jest legalna. Nazwał ją nawet zabawkami strzelającymi na amunicję hukową. Policja jest innego zdania i według jej opinii, broń alarmowa, którą każdy może kupić oficjalnie, jest nielegalna.

Gazeta Polska Codziennie

Kontakt do autorki: magda.gron@swsmedia.com.pl

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ