Wezwał karetkę do szpitala – jest odszkodowanie!

Domena publiczna

Dla naszej rodziny to był prawdziwy wyrok. Usłyszeliśmy: stopień niepełnosprawności znaczny, wymaga opieki drugiej osoby. Takie przebiegu wydarzeń nie mogliśmy się spodziewać – mówi pan Kazimierz, którego żona przez zaniedbania lekarzy do końca życia będzie jeździć na wózku. Sąd przyznał jej niedawno ponad pół mln zł odszkodowania.

– Moja Małgosia od lat odczuwa potworne bóle, które przypominają tortury. Została uwięziona w czterech ścianach. Odebrano jej samodzielność i wolność. Aby dać jej choć minimum radości oraz zapobiec psychicznemu załamaniu często wywożę ją na wycieczki. Mieszkamy na trzecim piętrze więc zakupiliśmy schodołaz. Transport schodołazem jest czynnością niebezpieczną, w razie mojego zasłabnięcia czy choćby potknięcia może dojść do tragedii. Dlatego też po otrzymaniu zadość uczynienia zdecydowaliśmy o zakupie mieszkania na parterze wraz z jego przystosowaniem dla osoby niepełnosprawnej – podkreśla pan Kazimierz.

Pani Małgosia została niepełnosprawną 14 września 2009 r. Ale jej tragedia rozpoczęła się 10 dni wcześniej, gdy ze skierowaniem oraz wymaganymi badaniami zgłosiła się na zaplanowany, nowoczesny i mało inwazyjny zabieg tzw. IDET do szpitala DCR Kamienna Góra. Do szpitala przyjechała sama, swoim samochodem, bo zabieg miał być bezpieczny. Kobieta miewała bóle z powodu trzypoziomowej dyskopatii. – Zabieg tego typu polega na wkłuciu w przepuklinę specjalnej sondy oraz jej rozgrzanie do wysokiej temperatury, a tym samym ma to doprowadzić do obkurczenia chorego krążka – relacjonuje mąż pani Małgosi. Podczas zabiegu, zdaniem biegłych sądowych doszło do zakażenia.

– Niestety u żony doszło do komplikacji. W drugiej dobie podczas wizyty lekarskiej pozwolono żonie wstać. Ostatnie w swoim życiu kroki skierowała do toalety, kilkadziesiąt metrów bez asekuracji. Przeszła zadowolona bez żadnych dolegliwości, ale po chwili nastąpił silny ból. W tym to dniu żonie zaczęła opadać prawa stopa. Interweniowałem u lekarza, który poinformował mnie że nie wie, co się stało, że wstrzyknęli jakiś zastrzyk, aby zablokować jakiś nerw w pachwinie i określić miejsce bólu, że w przyszłym tygodniu spróbują załatwić badanie w Wałbrzychu – wyjaśnia „Dodatkowi Dolnośląskiemu”.

Tam jednak nie dojechała. Dostała torsji, wymiotów i silnych dreszczy. Nie jadła.

– Natychmiast zgłosiłem to do lekarza. Ten stwierdził, że widocznie zjadła coś nieświeżego i pewnie ją zawiało. A poza tym, to jest kiepska pogoda. Na każdą zgłaszaną przez nas występująca dolegliwość lekarze wymyślali podobne wymówki – dodaje.

Małżeństwo z Wrocławia 11 września 2009 r. zapamięta do końca życia.

– W piątek po skończonej pracy przyjechałem do żony. Było popołudnie. Od rana z żoną przebywała córka, która rozmawiała z lekarz prowadzącą. Poinformowano nas, że lekarze chcieliby podać żonie sterydy, ale ma cukrzycę i się boją konsekwencji. Mimo to wkrótce podano jej bardzo silny steryd. Poinformowałem lekarza o moich zastrzeżeniach. Odpowiedział, że odstawić już nie mogą, może jedynie zmniejszyć dawkę, co odnotował w jakimś dokumencie szpitalnym. Po powrocie na salę, stan żony mnie przeraził. Żona płakała, to już nie były dreszcze to już były drgawki – relacjonuje.

Stan pani Małgosi pogarszał się z minuty na minutę. Jej rodzina próbowała interweniować u lekarzy dyżurnych, ale bezskutecznie.

– Bez osłony antybiotykowej podano żonie tak silny steryd, że najprawdopodobniej spowodował osłabienie układu odpornościowego. Jej stan był tak zły, że zdecydowaliśmy się wynająć pokój w okolicy i nie wracać do domu na noc, aby być jak najbliżej. 12 i 13 września z żoną była cała nasza rodzina. Ciężko było nam patrzeć jak się męczy. Miała bóle całego ciała – mówi pan Kazimierz. Żona po prostu płakała z bólu. Interweniowaliśmy u lekarzy, ale nadal nie próbowali nam pomóc. Dzień później bezskutecznie próbowałem dodzwonić się do żony. Około godz. 8 rano odebrałem telefon – w słuchawce usłyszałem nieznajomy głos – „niech pan szybko przyjeżdża do pielęgniarek, bo z żoną jest bardzo źle, pielęgniarki całą noc latały”. Do szpitala dojechałem w godzinę, przy żonie były już córki. Od nich dowiedziałem się, że lekarze kazali im załatwić jakiś szpital neurologiczny oraz, że karetka od trzech godzin jest już zamówiona. Podjęliśmy ostrą interwencję, bo czas leciał, a nikt nas o niczym nie informował. W końcu przyszedł lekarz, który wskazał na monitor i stwierdził, że przecież parametry życiowe są w normie. Zapytałem, co z tym pogotowiem. Opowiedział, że sami czekają i próbują żonie załatwić jakiś szpital, tylko nikt jej nie chce. Nie mogąc otrzymać żadnej informacji od ordynatora, zadzwoniłem pod nr 112 i prosiłem o interwencję – przyjazd karetki. Była to godz. 12:28 dyspozytor zapytał, czy tam nie ma lekarzy, odpowiedziałem, że żona umiera. Za moment oddzwoniono do mnie i poinformowano mnie, że karetka z lekarzem już jedzie – relacjonuje. – Do tej sytuacji wypowiedział się również biegły, który stwierdził że kilkugodzinne oczekiwanie na karetkę oraz wstrząs septyczny znacznie pogorszyło rokowania na przyszłość. Podkreślił, że w tym przypadku każda chwila była cenna i dodał, że tak specjalistyczny szpital ortopedyczny nie posiadał umowy z pogotowiem – zauważa pan Kazimierz.

Pani Małgosia trafiała do kolejnych szpitali, gdzie lekarze dopuszczali się kolejnych zaniedbań.

Biegli lekarze, którzy sporządzali opinie na potrzeby postępowania sądowego dopatrzyli się wielu nieprawidłowości m.in. nieprawidłową kwalifikację do zabiegu, brak pisemnej zgody na zabieg, brak prawidłowego leczenia i brak diagnostyki kręgosłupa – którego przez 10 miesięcy nie wykonał jej żaden z trzech szpitali, w których się leczyła. Na jeden z nich grzywnę nałożył nawet sanepid. Chodziło o bałagan epidemiologiczny. Zabiegi do końca 2009 r. były tam prowadzone w złych warunkach, a pacjentów zarażano gronkowcem złocistym. Personel szpitala najprawdopodobniej po prostu to ukrywał.

Sprawą trzech szpitali, które nie udzieliły pomocy pani Małgosi zajmuje się też Prokuratura Rejonowa Wrocław Psie Pole.

Gazeta Polska Codziennie

mg

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ