Znalazł się rycerz! Schnepf broni listu Mosbacher: Chodziło o wolność mediów. Te reakcje są przesadą. Ona sama tego nie napisała

fot. youtube.com

Ryszard Schenpf, były ambasador RP w Stanach Zjednoczonych, bawi się ostatnimi czasy w dyżurnego „eksperta” totalnej opozycji od relacji Polska-USA. Którekolwiek medium użyczy mu swoich łamów czy anteny, tam pędzi czym prędzej, aby opowiadać o tym, jak to stosunki między Polską a USA są fatalne, dobre, albo jak są psute przez rząd – to wszystko zależy od okoliczności.

 

I tak oto Schnepf pojawił się w studiu Polsat News, aby skomentować list Georgette Mosbacher.

Przypomnijmy, że w poniedziałek amerykańska ambasador przesłała na ręce premiera Morawieckiego list, komentujący śledztwo w sprawie środowisk neonazistowskich w Polsce oraz materiału telewizji TVN na ten temat.  Kopia listu ambasador USA do Morawieckiego, przeznaczona do wiadomości prezydenta Andrzeja Dudy, wpłynęła też do Kancelarii Prezydenta.

Ambasador popełniła błąd w nazwisku polskiego premiera, pisząc „Moraweicki”, a później także w nazwisku szefa MSWiA, które zapisano jako „Brudzińksi”. W liście Mosbacher wyraża „głębokie zaniepokojenie niedawnymi zarzutami wysuwanymi przez przedstawicieli polskiego rządu wobec dziennikarzy i kierownictwa TVN i Discovery”. Wyjaśnia, że chodzi o wyemitowany w TVN24 reportaż dotyczący działalności neonazistów w Polsce.

Zdaniem Schnepfa, Mosbacher wcale nie broniła dziennikarzy, a wolności mediów.

To dużo większa sprawa. Jeżeli ktoś po stronie rządowej sądzi, że – ze względu na konserwatywnego prezydenta – można zapomnieć o filarach państwa amerykańskiego, to grubo się myli. Czy to jest Donald Trump, czy jakikolwiek inny prezydent, to sprawa podstawowych wolności jednostki, grup społecznych, obywateli, w tym mediów, jest sprawą fundamentalną

— oświadczył Schenpf, dodając, że przyjazne gesty ze strony amerykańskiej są źle odczytywane przez polskie MSZ.

Ale to nie wszystko. W liście ambasador Mosbacher z błędem napisała nazwisko premiera Morawieckiego – „Moraweicki” i ministra Joachima Brudzińskiego – „Brudzińksi”. Zdaniem Schnepfa, te wzmożone reakcje są „przesadzone”, a listu prawdopodobnie nie przygotowywała ambasador.

Otrzymała propozycję, może naniosła poprawki, dopisek własnoręczny, który świadczy o pewnym „familiaryzmie” – że osoba Morawieckiego była jej znana i czuła się w sile dopisać ręcznie uwagę dosyć osobistą, nieformalną. Błędy wynikają natomiast z pośpiechu

— próbował tłumaczyć ją były ambasador.

Tak arogancka postawa była do przewidzenia. W końcu totalna opozycja musi bronić przyjaznych jej mediów, a że przy okazji oberwie się jeszcze rządowi i prowadzonej przez niego polityce, to dla opozycji radość jest tym większa.

źródło: wpolityce.pl

PODZIEL SIĘ