Macron poda się do dymisji? Korespondent z Francji: Żądanie “żółtych kamizelek” może stać się realne

Patrzenie na protest „żółtych kamizelek” wyłącznie poprzez pryzmat ekonomii nie oddaje całej złożoności problemu. Przez to, że protest nie ma wyłącznie podłoża ekonomicznego jest tak bardzo niebezpieczny dla rządu. Sprawa jest poważna. Chodzi nie tylko o stosunkowo niewielką podwyżkę cen paliwa. To była kropla, która przelała czarę goryczy

— mówi portalowi wPolityce.pl Franciszek L. Ćwik, publicysta mieszkający we Francji.

wPolityce.pl: „Financial Times” ostrzega prezydenta Emmanuela Macrona, że ruch „żółtych kamizelek” jest zbyt duży, aby go zignorować. Gazeta przekonuje, że ruch „żółtych kamizelek” jest dla Macrona poważniejszym przeciwnikiem niż Marine Le Pen w wyborach prezydenckich. Zgadza się pan z tymi z tezami?

Franciszek Ćwik: Zgadzam się z tą analizą. Jest słuszna. Ruch „żółtych kamizelek” nie ustanie, dopóki prezydent Macron nie podejmie nawet symbolicznych działań. Pilnie potrzebna jest reakcja rząd. Ale na razie rząd unika działań, które mogłyby zakończyć protesty. Co gorsze, działa agresywnie, przez co zwiększa napięcie społeczne. W poniedziałek rozpoczął się protest w 100 szkołach średnich. Na 14 grudnia związki zawodowe zapowiadają manifestację, która ma wesprzeć protest „żółtych kamizelek”.

Wspomniał pan, że rząd powinien podjąć działania, które zakończą protesty. Co doprowadziłoby do uspokojenia sytuacji?

Pierwszym krokiem do opanowania sytuacji byłaby obietnica, że rząd wstrzyma podwyżki paliw i prądu na przyszły rok. To byłby symboliczny sygnał, że rząd chce porozumieć się z protestującymi. Powody, które doprowadziły do protestów są bardziej skomplikowane i złożone niż podwyżki prądu czy paliw. Na dzisiaj niestety nie ma żadnych konkretów, które doprowadziłyby do uspokojenia sytuacji.

Mówi pan, że powody, które doprowadziły do protestów są bardziej skomplikowane i złożone niż podwyżki prądu czy paliw. Czy protest można ograniczyć tylko do sprzeciwu wobec podwyżek?

Nie. Protest to wyraz powszechnego niezadowolenia oraz sprzeciwu wobec sytuacji ekonomicznej i politycznej. Patrzenie na protest „żółtych kamizelek” wyłącznie poprzez pryzmat ekonomii nie oddaje całej złożoności problemu. Przez to, że protest nie ma wyłącznie podłoża ekonomicznego jest tak bardzo niebezpieczny dla rządu. Sprawa jest poważna. Chodzi nie tylko o stosunkowo niewielką podwyżkę cen paliwa. To była kropla, która przelała czarę goryczy.

Przedstawiciele partii politycznych do parlamentu są wybierani w systemie wyborczym, który nie jest ani proporcjonalny ani demokratyczny. Społeczeństwo nie jest reprezentowane w parlamencie w sposób prawidłowy. Ludzie chcą, żeby to się zmieniło. Domagają się, żeby system wyborczy pozwalał im na prawdziwy wybór ich przedstawicieli. Zwykli ludzie we Francji mają wrażenie, że tylko ich się karze za najmniejsze nawet przekroczenie prawa. Nie karze się chuliganów i band demolujących samochody na przedmieściach. Ale jeżeli zwykły obywatel przekroczy dozwoloną prędkość o 2 kilometry dostaje się mandat. Dużo budżet państwa kosztują nielegalni imigranci. Nie wiadomo co z nimi zrobić. Granice są niestrzeżone.

W mediach obserwujemy ostre działania policji wobec demonstrantów.

Przez gwałty policyjne rząd dolewa oliwy do ognia. Protestujący są ruchem pacyfistycznym. Przy takich okazjach zawsze pojawiają się grupy ekstremistyczne i chuligańskie, które wszczynają burdy i dokonują rozbojów. Nie można ich identyfikować z ruchem „żółtych kamizelek”, który jest pokojowym wyrazem społecznego gniewu.

Kto politycznie zyska na tym ruchu?

Wszystkie opozycyjne partie polityczne wspierają protest. Ale na dzisiaj najbardziej zyskuje Zjednoczenie Narodowe Marine Le Pen. Protesty popierają lewacy z partii Melanchona, z Niepokornej Francji. Ta partia ma jednak niskie poparcie społeczne. Partia socjalistyczna jest słaba. Ogólnie na protestach najbardziej zyskuje prawica.

Głównym hasłem demonstrantów jest: Macron musi odejść! Czy to realne żądanie?

Nie można przewidzieć, czy to realne czy nie. Wszystko zależy od rozwoju sytuacji. W poniedziałek po raz pierwszy w telewizji francuskiej powiedziano, że kraj znalazł się w bardzo poważnym i niebezpiecznym położeniu. Podkreślono, że protest może się przerobić w rewoltę na wzór buntu z 1968 r.

Protest nie ma struktur, nie ma przywódców. Z kim rządzący powinni negocjować?

Z przedstawicielami tego nurtu. Myślę, że tacy ludzie już są. Jednak ze strony rządu na razie nie ma dobrej woli do rozmów.

źródło: wpolityce.pl

PODZIEL SIĘ