Lis wmawia, że kapiszon był „bombą”, a PiS nazywa… rakiem: Bez drastycznej interwencji chirurgicznej pacjent nie ma szans

W ostatnich 30 latach żaden polityk nawet nie zbliżył się do władzy, jaką ma Kaczyński, traktujący Polskę jak prywatny folwark – atakuje we wstępniaku do nowego numeru „Newsweeka” Tomasz Lis.

Aż na dwóch stronach Tomasz Lis rozpisuje się, by przekonać czytelników, że koniec PiS jest bliski, bo w trzy dni miał posypać się „fałszywy wizerunek pieczołowicie budowany przez 30 lat”. Czy to świadome nawiązanie do biblijnych słów?

Naczelny „Newsweeka” drwi z opinii uczciwości, jaką cieszy się lider Prawa i Sprawiedliwości. Kreuje, jak tylko może, obraz niemal dyktatora.

Jarosław Kaczyński nie potrzebuje dóbr doczesnych. Wystarcza mu władza nad tymi, dla których są one mniej lub bardziej istotne. Kaczyński nie potrzebuje konta, skoro ma bank; nie potrzebuje ochrony, bo załatwia mu ją partia; nie musi robić zakupów, bo i to czynią wyznaczeni przez partię ludzie; nie potrzebuje prosić o czas antenowy w telewizji, bo na własną telewizję; nie potrzebuje adwokatów, bo ma prokuratorów, nie potrzebuje stanowisk w państwie, bo ma całe państwo

— czytamy.

W ostatnich 30 latach żaden polityk nawet nie zbliżył się do władzy, jaką ma Kaczyński, traktujący Polskę jak prywatny folwark

— stwierdza Lis, pomijając jednak oczywistą postać Donalda Tuska…

Na naszych oczach wali się jednak mit o niebo istotniejszy niż mit osobiście uczciwego ascety, a może nawet abnegata Kaczyńskiego. Wali się mit partii, która ma szczególny, bo nie tylko pochodzący z wyborów, ale i moralny tytuł do sprawowania władzy w Polsce

— ciągnie swoją litanię oskarżeń, po czym przechodzi do coraz ostrzejszych sformułowań.

TKM, Teraz K… My, to idealna formuła opisująca stosunek PiS-owskiego aparatu do państwa. „Układ” to dokładnie to, co stworzył Kaczyński. (…) W całej okazałości odsłania się więc przed nami największe być może oszustwo we współczesnej historii Polski. Prawi, moralni, mający czyste ręce, reprezentujący „lepszy krąg kulturowy” okazują się totalnymi cynikami i ordynarnymi cwaniakami

— pisze, porównując nadzwyczaj śmiało dzisiejszą Polskę pod rządami PiS do satrapii i republiki bananowej na wzór PRL.

I gdy przypomnimy sobie, jak Tomasz Lis zapowiadał przed publikacją tzw. „bomby”, że to będzie koniec PiS, to mimo usilnych starań, sam musi przyznać, że wielkiego wybuchu wcale z niej nie było.

To nie jest afera, która zmiecie obóz władzy. Ale to bardzo poważny krok w stronę zdruzgotania jej wizerunku, a w efekcie politycznej pozycji

— stwierdza.

Skąd ta rewolucyjna niemal euforia u Tomasza Lisa? Wszystko ostatnio sprowadza wszak do jednego. Powtarzania jak mantrę, że opozycja musi odebrać władzę PiS-owi. U Tomasza Lisa to nic nowego, jednak ostatnie porównanie, jakie zastosował, jest nadzwyczaj ohydne. Czy PiS dla Tomasza Lisa to po prostu… rak?

Na pytanie, jaka choroba toczy teraz państwo polskie, odpowiedź jest jasna i precyzyjna. To rak. Bez drastycznej interwencji chirurgicznej pacjent nie ma szans. Chirurgiem jest naród. Stołem operacyjnym są wybór. Gdy operacja się nie powiedzie, pojawią się przerzuty. Organizm zostanie pokonany. Rak wygra

— pisze na koniec wstępniaka.

Mowa nienawiści? Takimi rzeczami naczelny „Newsweeka” nawet się nie przejmuje.

wpolityce.pl/”Newsweek”