Karnowski: Wykład Tuska to żałosne pogwałcenie elementarnych zasad, brutalne wejście do politycznej krajowej gry. Niczego się nie nauczył

Ma prawo Donald Tusk to najostrzejszych nawet sformułowań, ma prawo angażować się w kampanię wyborczą po dowolnej stronie – ale po rezygnacji ze stanowiska szefa Rady Europejskiej. Dopóki pełni ten urząd, zobowiązuje go elementarna lojalność wobec tych, dla których tam pracuje (a więc międzyrządowych struktur unijnych), państwa którego był premierem i wszystkich Polaków.

Wykład, który wygłosił 3 maja na Uniwersytecie Warszawskim, rzekomo o Konstytucji 3 Maja, był rażącym, ale jednocześnie dość żałosnym, pogwałceniem tych reguł. Był radykalnym, polemicznym, wejściem w kampanię wyborczą. Tym bardziej godnym pożałowania, że w dniu, w godzinie wielkiej parady wojskowej. Nawet tak świąteczną chwilę musiał Polakom zepsuć. Czyżby nie wierzył, że w innym momencie zbuduje zainteresowanie?

Niewiele tam było wykładu, w sensie intelektualnym to raczej rozprawka gimnazjalna złożona z przypadkowych, zapewne wygrzebanych w internecie, anegdotek. Jedna tylko głębsza myśl mignęła gdzieś w tle: że Europie zagrażają dziś dwie tendencje. Z jednej strony „próba odbudowania nacjonalistycznego ducha”, a z drugiej „nastrój entropii, rozpadu, odsuwanie się od siebie”. Ale już odpowiedź – de facto sprowadzająca się do dbania, by nadal było, jak jest, bardzo błaha i rozczarowująca.

Poza tym otwarta polemika z prezydentem Andrzejem Dudą (szyderstwa z proeuropejskości i z postulatu wpisania obecności w UE do Konstytucji), obozem dziś rządzącym („Dziś modne jest hasło, że Polska jest sercem Europy. Bardzo bym przestrzegał, bo Szwecja może się poczuć głową, a sojusznik, Viktor Orban, skrępowany”) a także wsparcie strajku nauczycieli (przez człowieka, który zamroził ich płace!). I tak wkoło. Nasuwa się pytanie: po co to nazywać wykładem, nie lepiej było ogłosić, że szef Rady Europejskiej (sic!) na publicznym Uniwersytecie Warszawskim (sic!) organizuje za publiczne pieniądze wiec Koalicji Europejskiej?

Najweselszy moment występu Tuska to ten, gdy objawił nam się jako Wielki Językoznawca, wdając się w głębokie rozważania na temat różnicy między „albo” oraz „i”:

Weźmy zdanie „my albo oni” i porównajcie z „my i oni”. To gramatyka oparta na konfrontacji. Jednostka albo wspólnota. Zobaczcie jak brzmi jednostka i wspólnota. Bezpieczeństwo i wolność. Mógłbym długo wymieniać.

Potem dostaliśmy Tuska psychologa, dywagującego o uzależnieniu od internetu, Tuska technologa zatrwożonego chińską potęgą, Tuska futurystę zaniepokojonego rozwojem wielkich koncernów, Tuska ekologa zaniepokojonego smogiem (co przez osiem lat zrobił?).

Tylko o mafii vatowskiej, z którą walka była jego obowiązkiem jako premiera, nie wspomniał. Nie dziwię się.

Niektórzy mówią: niepotrzebne zdziwienie, przecież jako premier Rzeczypospolitej nie umiał zachować klasy, nie rozumiał, jakie obowiązki niesie ten urząd. Ale ja uważam, że jednak należy się dziwić. Bo to zdziwienie jest naszą niezgodą na nieodpowiedzialność, intelektualną płytkość i rozmywanie reguł, które tyle nieszczęść przyniosły Polsce za jego rządów. A jak widać – on się nic nie zmienił, niczego nie nauczył.

autor: Michał Karnowski

źródło:  wpolityce.pl

PODZIEL SIĘ