Postawiła się Schetynie, teraz krytykuje KE: Sztab jest do natychmiastowej dymisji. Żadna firma nie pozwoliłaby sobie na takich pracowników

schetyna4.png

W biurze wisiała tablica, gdzie mieliśmy rozpisane dzień po dniu, gdzie jedziemy, gdzie są jakieś spotkania. Przeanalizowaliśmy, jak to wygląda po wyborach samorządowych i jak to się ma do wyborów do Parlamentu. To jest podstawa. Nie trzeba być pijarowcem, żeby to wiedzieć. Co nie zmienia faktu, że pojechać i tak trzeba właściwie wszędzie

— mówi w wywiadzie dla portalu oko.press europosłanka PO Elżbieta Łukacijewska, która uzyskała mandat startując z 10. miejsca na liście KE.

 

Na uwagę, że według doniesień „Gazety Wyborczej” takiej mapy nie było w siedzibie KE, deputowana odpowiada:

To znaczy, że taki sztab jest do natychmiastowej dymisji. Żadna prywatna firma nie pozwoliłaby sobie na takich pracowników. Nie mieści mi się w głowie, że tego nie rozpisano, nie przeanalizowano. Że nie było w ogóle tej ciężkiej pracy na dole. Konwencje to tylko błyskotka. Tak naprawdę to szkoda na nie czasu.

Łukacijewska zwraca uwagę na problemy wewnątrz samej Koalicji Europejskiej.

Postawiono na koalicjanta, a ja byłam dla niego zagrożeniem [Czesław Siekierski, członek PSL, nie zdobył mandatu – przyp. red.]. On tego nie ukrywał. Zepchnęli mnie gdzieś w środek listy, otoczyli kolegami z miast, co jest dodatkowym utrudnieniem, bo ja pochodzę z małej gminy

— podkreśla.

Ta wygrana dowodzi, że moi wyborcy świadomie mnie wsparli. Głosowali na Elę, a nie na Koalicję

— przyznaje europosłanka.

Na pytanie, czy to sukces na przekór własnemu środowisku, odpowiada:

Jestem zdumiona, że taka sytuacja w ogóle zaistniała. Co więcej, mój przypadek nie był odosobniony, ale niech inni opowiadają o sobie, jeśli mają ochotę. Ja mogę powiedzieć jedno: jeśli w polityce nie szanuje się swoich własnych działaczy, to trudno oczekiwać, że ludzie będą nas szanowali. Podchodzili dziennikarze i pytali: Pani poseł, my przecież panią znamy, co tu się wyprawia?

Odnosząc się do wyniku Koalicji Europejskiej, przyznaje:

Przegrana to przegrana. I nie czarujmy, że to jest dobry wynik, bo my powinniśmy to wygrać. Dobrze zrobiona kampania, aktywność wszystkich na listach (wszystkich!) powinna nam dać wygraną.

Po czym dodaje:

Mobilizowanie elektoratu tam, gdzie był nasz elektorat. Ale jeśli tego nie przeanalizowano, to o czym w ogóle rozmawiamy. Pamiętam jak Donald Tusk wsiadł w samochód i tu jeździł. Były moje imieniny, dni Cisnej i pani z zespołu, dwa razy większa od niego, wzięła go do tańca. I to się ludziom podobało – normalny, swój chłop. Nie wolno stwarzać dystansu, dawać odczucia, często pewnie niezamierzonego, że uważamy się za kogoś lepszego. Lepszego, bo niby co?

Omawiając ułomności Platformy, Łukacijewska wskazuje:

I jest jeszcze coś, czego brakuje w Platformie, o czym powtarzam na wszystkich spotkań, ale bezskutecznie. W Platformie jest wiele wspaniałych, ciężko pracujących kobiet. I one powinny być dopuszczone do tego ścisłego, decyzyjnego gremium. A tak się nie dzieje. Nie może być tak, że ciągle ci sami faceci zamknięci w jakimś pokoju… Tak po prostu nie da rady.

Słowa Elżbiety Łukacijewskiej, która akurat osiągnęła swój cel, są najlepszą ilustracją sytuacji w Platformie Obywatelskiej. W największym ugrupowaniu opozycyjnym nie pojawiła się żadna refleksja co do przyczyn poprzednich porażek. Co więcej, nie poczyniono jakichkolwiek działań, by spełnić podstawowe obowiązki stojące przed ugrupowaniem aspirującym do objęcia władzy.

źródło: wpolityce.pl

PODZIEL SIĘ