Poseł Świat: Święto którego nie było

fot. youtube.com

Niemcy mają spektakularne obrazy rozwalania muru berlińskiego. Czesi mają w pamięci rozśpiewany wiec na praskim Placu Wacława będący centrum „aksamitnej rewolucji”. Nasza antykomunistyczna rewolucja nie ma swojego symbolu, a dochodzenie do pełnej suwerenności trwało kilka lat. Jako pierwsi zerwaliśmy czerwone okowy, ale wolnych wyborów doczekaliśmy się jako ostatni. Nawet nie sposób wskazać jednoznacznie daty, którą można by przyjąć za święto trzeciej niepodległości.

W tej historii szczególne miejsce zajmuje 4 czerwca. A przecież formalnie ten dzień nie przyniósł żadnych zmian. Nie ogłoszono Deklaracji Niepodległości, nie powołano demokratycznego rządu, nie uchwalono nowej Konstytucji. Przełom dokonał się natomiast w sferze duchowej, emocjonalnej. Przytłaczające zwycięstwo Solidarności w kontraktowych wyborach do Sejmu i wolnych wyborach do Senatu zadziwiło wszystkich. I nas, ludzi opozycji, i przerażonych komunistów, i światowych obserwatorów. Po 4 czerwca nic nie mogło już być takie same.

Pracowałem wówczas dla Komitetu Obywatelskiego Solidarność przy redagowaniu wydawnictw KO. Podobną pracę – i praktycznie z tymi samymi ludźmi – wykonywałem dla Solidarności osiem lat wcześniej. Miałem więc okazję do porównań. Choć skala naszych działań była mniejsza, choć zabrakło wielu kolegów-emigrantów, choć pojawiły się gorące polityczne spory dotyczące „okrągłego stołu”, udało się w niemałym stopniu odzyskać entuzjazm posierpniowy. Znów mieliśmy poczucie, że zmieniamy bieg historii. Ten entuzjazm rozpalił się jeszcze mocniej, gdy ogłoszono wyniki wyborów. Ale równie szybko został zgaszony. Wałęsa i inni liderzy ruchu zgodzili się na zmianę ordynacji wyborczej między I a II turą wyborów, by uratować tzw. listę krajową. Poczułem się strasznie oszukany. I nie tylko ja. A potem przyszły następne ciosy. Wybór Jaruzelskiego na prezydenta, rząd Mazowieckiego z Kiszczakiem i Siwickim w składzie. Potem dwuletnie oczekiwanie na prawdziwie wolne wybory, nawet po Rumunii i Bułgarii. Osobliwym zrządzeniem losu właśnie 4 czerwca 1992 roku obalono pierwszy prawdziwie niekomunistyczny rząd Jana Olszewskiego.

Data 4 czerwca już zawsze będzie mi się kojarzyć dobrze jako początek końca komunizmu. Jednak nie mogę jej przyjąć jako święta. Nie mogę zapomnieć, że ten nasz entuzjazm i wysiłek oraz wielki głos Polaków przeciw komunizmowi zostały zniszczone, zmarnowane przez błędy polityczne oraz zwykła głupotę, tchórzostwo i podłość.

Nie mamy więc święta, nie mamy symboli odzyskanej niepodległości. To sytuacja bez precedensu w wolnym świecie. I największy grzech ludzi, którzy tworzyli III Rzeczpospolitą.

Dziś ze smutkiem patrzę, jak instytucja mająca w nazwie Solidarność, stała się areną politycznej hucpy, jak rocznica wykorzystywana jest do brutalnego ataku na demokratycznie wybrane władze naszego kraju. Z głębokim niesmakiem odbieram, jak ludzie znani z chamskiego języka podpisują pompatyczną deklarację wzywającą do zgody. A już z prawdziwym obrzydzeniem obserwuję, jak ś.p. prezydent Adamowicz kreowany jest na nowego świętego i symbol walki o demokrację. Jakby nie było Marka Rosiaka, jakby nie było ks. Jerzego Popiełuszki i dziesiątków innych ofiar naszej walki o suwerenność i demokrację.

Wierzę, że nie pozwolimy, by ludzie opętani nienawiścią i żądzą zemsty pisali na nowo historię Polski.

autor: Jacek Świat

PODZIEL SIĘ