Premier Morawiecki walczy jak lew, ale należy być ostrożnym w prognozach. O co naprawdę chodzi w brukselskiej bitwie?

O co naprawdę toczy się gra na szczycie unijnym w Brukseli? O co walczy premier Mateusz Morawiecki, który prowadzi bardzo ciężką walkę o rezygnację z konfrontacyjnego kandydata na stanowisko szefa KE czyli Frans Timmermansa?

Oto obraz jaki wyłania się z naszych informacji.

Najważniejszym celem polskiej delegacji (i kilku innych państw koalicji zdroworozsądkowej) jest nie dopuszczenie, by wygrał kandydat budujący karierę na atakowaniu Polski i Węgier, stosowaniu podwójnych standardów, tworzenia podziałów w Europie. To byłby bardzo zły sygnał dla unijnej jedności. To jest i w naszym interesie i w interesie UE, z czego nie wszyscy w Radzie Europy niestety zdają sobie sprawę. Ale głos polskiej delegacji to niektórym uświadamia.

W niedzielę po południu Grupa Wyszehradzka (Polska, Węgry, Czechy, Słowacja) spotykając się w pokoju polskiej delegacji zbudowała na moment koalicję przeciwko kandydaturze Timmermansa. Trzeba pamiętać, że jechał on na ten szczyt jako pewniak. W nocy z niedzieli na poniedziałek ta grupa blokująca zaczęła być rozbijana państwo po państwie, a Timmermans był o krok od przejęcia stanowiska szefa RE.

Grupa Wyszehradzka pokazała wtedy siłę: udało się zbudować większość blokującą.

Zdecydowana postawa doprowadziła do tego że kanclerz Angela Merkel i prezydent Emmanuel Macron cofnęli się, nie chcieli pójść na otwarty konflikt i szczyt został przerwany. Teraz mamy przerwę do jutra, oczywiście Timmermans cały czas może wrócić do gry

— opisuje mój informator.

Zdecydowana postawa polskiego premiera i Grupy Wyszehradzkiej doprowadziła do tego, że szczyt został przerwany bez porozumienia. Nawet jeśli kandydatura Timmermansa powróci, to jego mandat będzie słaby, a kadencja rozpocznie się od bardzo poważnego zgrzytu.

W tle widzimy teraz brzydszą twarz unijnej konstrukcji. Kraje rządzone przez socjalistów i liberałów próbują – jak słyszę – wykręcać ręce tym, którzy się sprzeciwiają kandydaturze Timmermansa.

To jest bardzo brutalna gra

— słyszę. I dalej:

Pamiętajmy, że wybór FT był niemal przesądzony. Hegemonii unijni dogadali się co do jego wyboru jeszcze na szczycie G-20 w Japonii. To Morawiecki wywrócił stolik.

Świadczy o tym duży duch w pokoju polskiej delegacji, który był i jest odwiedzany przez rozgrywających Merkel, Macrona czy Tuska.

Warto pamiętać, że ten proces nie rozpoczął się dopiero na szczycie. Wiele rozmów odbyło się wcześniej m.in z Merkel, Macron, Conte (premier Włoch) czy Plenkoviciem (premier Chorwacji).

Istotą obecnych gorących godzin są naciski na poszczególne państwa. Ale nie jesteśmy bez szans. Jeszcze około jedenaste w poniedziałek wybór Timmermansa był niemal przesądzony. Wtedy zabrał głos Morawiecki, który przekonująco powiedział:

Jeśli pójdziecie na twardo, to pewno wygracie to głosowanie. Ale czy jest sens zaczynać kadencje Komisji od tak ostrego konfliktu?

To na razie zatrzymało wariant „siłowy”. Merkel potwierdziła zresztą przebieg tych wydarzeń na konferencji prasowej.

Osoba blisko negocjacji mówi mi:

Morawiecki walczy jak lew, ale należy być ostrożnym. Jeśli najwięksi gracze zdecydują się połamać ducha kompromisu i negocjacji, to przeforsują, kogo zechcą. Ale wszyscy też wiedzą, że to będzie miało negatywne konsekwencje dla i tak poobijanej wspólnoty.

Nic zatem dzisiaj nie jest jeszcze przesądzone. Trudno nie odnieść wrażenia, że rozstrzyga się w tych godzinach nie tylko obsada szefa Komisji Europejskiej, ale i kształt, formuła unijnej wspólnoty. Czy wielkie mocarstwa europejskie pamiętają jeszcze, że to miała być zapora dla koncertu mocarstw a nie nowa jego forma?

źródło: wpolityce.pl

PODZIEL SIĘ