O co chodzi Kowalowi? Były polityk PiS coraz bardziej mówi językiem elit III RP: “Rządzący swój sukces zbudowali na kłamstwie”

kowal.jpg

Dla wielu komentatorów sporym zaskoczeniem było ogłoszenie startu w wyborach z list Koalicji Obywatelskiej Pawła Kowala – byłego wiceministra spraw zagranicznych w rządzie Jarosława Kaczyńskiego. Kojarzony z prawicą historyk nie przestaje tłumaczyć się ze swojej decyzji, tym razem udzielił wywiadu dla portalu gazeta.pl

Kowal mierzy się z klasycznym, w takich przypadkach, pytaniem – „po co to Panu było”?

Nie pamiętam decyzji, która by mnie tak dużo kosztowała. Ludzie patrzą na ciebie i myślą, że złapałeś Pana Boga za pietę, a ty cały czas zastanawiasz się, jak od nowa poukładać swoje życie. Ale nic… Z dziesięć dni łamałem się z tym. Teraz już jak w Piśmie Świętym: kto przystąpił do orki, niech się nie ogląda za siebie

— odpowiada.

Przekonuje, że jeszcze 2 tygodnie temu był pewny, że nie wróci do „zawodowej polityki”, choć przyznaje, że „dużo rozmawiał” z Grzegorzem Schetyną. Brał m.in. udział w Forum Programowym KO w lipcu.

Ostatecznym impulsem były zapowiedzi likwidacji niezależnych od rządu mediów i wracające pogłoski o likwidacji lub ograniczeniu wolności Polskiej Akademii Nauk i innych instytucji naukowych po wyborach

— motywuje swój start w wyborach Kowal.

O jakie konkretnie zapowiedzi chodzi? Nie mówi. Na pytanie o to, co łączy go z dzisiejszą Platformową kontynuuje wątek niezależności mediów.

Diagnoza sytuacji w kraju. Granicą zmiany systemu jest istnienie wolnych mediów. Ze względu na naruszenie prywatnej własności, przekupstwo (na przykład przepłacenie, by odkupić media), a także faktyczną likwidację pluralizmu. Proszę zobaczyć: co tydzień ktoś z obozu władzy coś o tym mówi, jakieś pomysły domów medialnych, zakupu za państwowe środki stacji telewizyjnych, nacjonalizowania własności szwajcarskiej czy niemieckiej. Nawet jeśli ma to być tylko presja na dziennikarzy i wydawców, systemowo jest to dla mnie żółta lampka. Granica miękkiego autorytaryzmu może zostać przekroczona nawet nieświadomie

— dodaje.

Dalej przekonuje, że w PO jest miejsce dla konserwatystów. Nie wiadomo dokładnie, dla których, bo chyba nie dla Marka Biernackiego?

Platforma epoki Schetyny faktycznie staje się szeroką ideowo formacją. Dzisiaj w Polsce jest problem silnej opozycji. Jestem centrystą. Niektórzy mówią, że konserwatystą, niech będzie. Dlatego stawiam na pluralizm. Chcę, żeby Polacy mogli wybierać, natomiast w sytuacji, gdy opozycji jest ciężko, trzeba im pomóc

— podkreśla.

O jaką „ciężką” sytuację opozycji chodzi Kowalowi?

Opozycja ma dużo trudniejszą sytuację medialną. Nie jest też łatwo zmierzyć się z transferami socjalnymi PiS-u. Zresztą to zupełnie naturalne, bo rząd czy nawet poszczególni politycy obozu władzy przedstawiają politykę społeczną państwa tak, jakby dawali coś Polakom z własnych portfeli, jakby płacili własną kartą kredytową

—zaznacza.

Rządzący swój sukces zbudowali na kłamstwie, że „500 plus” załatwia kwestię nierówności społecznych w Polsce

—dodaje.

Jeśli chodzi o ocenę transferów społecznych, to Pawła Kowala stać chyba na głębszą analizę. Oczywiście – rząd ma pieniądze z podatków, m.in. z VAT-u, o którego ściągalność dzisiejsi polityczni koledzy historyka za bardzo nie dbali.

Paweł Kowal przekonuje, że opozycja odnalazła kluczowe dla Polaków tematy. Ma być to zdrowie, edukacja i praca. Jego zdaniem Polska potrzebuje zmian systemowych.

Polacy intuicyjnie czują, że państwo polskie – niezależnie, kto nim akurat rządzi – nie jest w stanie przeprowadzać zmian systemowych. Jeżdżą po świecie i porównują to, co dzieje się u nas z tym, co jest za granicą. To potęguje ich frustrację. PiS nic tutaj nie zmieniło. Historia ich czteroletnich rządów to historia sprawnie przeprowadzonych transferów socjalnych, ale nieudanych wielkich inwestycji, planów, strategii. Przelewy bankowe łatwiej jest obsługiwać, niż zorganizować budowę dziesiątek tysięcy mieszkań

— podkreśla.

To nie jest tak, że PO przez osiem lat nic nie zrobiła, a PiS przez cztery wszystko zrobiło na cacy. Skończmy z takimi dziecinnymi ocenami. Za PO zbudowano drogi, poprawiono kolej, postawiono stadiony. Można było więcej? Może tak. Ale nie można robić jakiejś partii wiecznie zarzutów, że skoro czegoś kiedyś nie zrobiła, to już nigdy niczego nie zrobi

— przekonuje Kowal.

Na koniec historyk oskarża Prawo i Sprawiedliwość o podkręcanie emocji w debacie publicznej.

Rządy PiS-u miały niesłychanie dużą intensywność. Oni tak rządzą, że ja dzisiaj nie potrafię powiedzieć, czy są u władzy cztery lata, czy osiem, czy dwanaście. Oni zawsze jadą na podbitych pod sufit emocjach, dla jednych pozytywnych, dla innych negatywnych. Tworzą zjawisko totalnie emocjonalnej polityki, przez co nie wiadomo, ile tak naprawdę Platforma jest w opozycji

— podkreśla.

Jak Paweł Kowal chce zmieniać system, reformować państwo, prowadzić wielkie inwestycje z partią „ciepłej wody w kranie”? Tego nie mówi. Szkoda, że ceniony historyk tak łatwo przejmuje język elit III RP i wchodzi w buty obrońcy politycznego i społecznego status quo.

wpolityce.pl/gazeta.pl

PODZIEL SIĘ