Poseł Jędrysek: Mało co nie poszedłem w karne kamasze Ludowego Wojska Polskiego zamiast zrobić pracę doktorską [Nasz wywiad]

Mariusz Orion Jędrysek, jeśli jest w kraju zawsze bierze udział w uroczystych obchodach podpisania Porozumień Sierpniowych. W tym roku złożył kwiaty i oddał hołd wszystkim robotnikom i pracownikom wrocławskich fabryk i zakładów pracy, którzy 39 lat temu wsparli strajkujących kolegów w Gdańsku i Szczecinie.

Na pamiątkowej tablicy, przy bramie wjazdowej do nieistniejącej dzisiaj zajezdni autobusowej przy ul. Grabiszyńskiej czytamy: „tu rodziła się wrocławska Solidarność”. Od posła Jędryska dowiadujemy się, że jego wczesna solidarność związana jest bardziej z Lublinem. Był też od samego początku tj. 1980 r członkiem Niezależnego Zrzeszenia Studentów na Uniwersytecie Wrocławskim, gdzie studiował geologię, którą ukończył w 1985r, jednocześnie ok. 2 lata fizykę, a potem indywidualnym tokiem studiów na Wydziale nauk Przyrodniczych UWr. We Wrocławiu współpracował z podziemnymi strukturami, ale bardziej intensywnie dopiero po skończeniu studiów wstępując do nielegalnego wtedy NSZZ „Solidarność” w Lublinie w 1985 roku. Mariusz Orion Jędrysek od 1983 r już jako student a potem dalej rozpoczął karierę naukową i związał ją Zakładem Fizyki Jądrowej i potem Pracownią Spektrometrii Mas Instytutu Fizyki Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej. Tam też wykonał w 1988 r pracę doktorską pracując, najpierw w Dolnośląskim Oddziale PIG przez około rok, a potem na geologii Uniwersytetu Wrocławskiego, gdzie uzyskał stopień doktora. W tym czasie kursując co tydzień na trasie Wrocław-Lublin-Wrocław woził w obie strony pełen plecak nielegalnych „Solidarnościowych” wydawnictw. Od 2004 r jest profesorem tytularnym i do zeszłego roku był ciągle najmłodszym profesorem geologii w Polsce. Prace doktorskie pod jego kierunkiem wykonało kilkunastu doktorantów. Jest autorem kilkuset prac naukowych i mimo zajmowania się polityką od 15 lat, jest w grupie naukowców z najwyższym wskaźnikiem kwantyfikacji (tzw. indeks H) osiągnięć naukowych w geologii w Polsce. Znany jest z tego, ze rozpoczyna wcześnie rano – pomiędzy 3:30 a ok 6:00 co w Ministerstwie nigdy dotąd się nie zdarzało.

Panie pośle mało kto wie, że studia ukończył pan mając 23 lata i było to na Uniwersytecie Wrocławskim. Studiował Pan też równolegle fizykę i studia wg. własnego programu zatwierdzonego przez Radę Wydziału ale w programie miał Pan zajęcia fizyce, astronomii, na Politechnice i UMCSie w Lublinie. Nie wspominał Pan nigdy o towarzyszu z pokoju, byłym premierze – przez tą znajomość został Pan w 2005 r wiceministrem i Głównym Geologiem Kraju? Nic nie wiemy o tradycjach powstańczych w rodzinie. Czy są jeszcze niespodzianki – jak stan wojenny?

Faktycznie, mieszkaliśmy z Jankiem Rykałą, z którym byłem na roku i mieszkałem też w innym akademiku w jednym pokoju wcześniej (obecnie misjonarz pallotyn) i przez rok ze starszym od nas Kazikiem Marcinkiewiczem (późniejszym premierem) w jednym pokoju w akademiku na Pl. Grunwaldzkim. Pierwszy (2005) i drugi (2015) raz wiceministrem i Głównym Geologiem Kraju w rządach Prawa i Sprawiedliwości zostałem na zaproszenie Prof. Jana Szyszko – szukał młodego profesora geologii, patriotę, no i znalazł. Ponoć Premier Marcinkiewicz przy podpisywaniu nominacji pytał czy to ten sam, którego znał z akademika. W trakcie rocznego premierowania tylko 2 razy przelotem przywitaliśmy się w Sejmie. Potem kontaktu już z Kazikiem nie miałem.

W grudniu 1981 uczestniczyłem w strajku okupacyjnym Gmachu Głównego Uniwersytetu Wrocławskiego, a ponieważ udzielałem się m.in. przy pilnowaniu bramy (spodziewaliśmy się pacyfikacji) to po kilku dniach 12 grudnia, dostałem „przepustkę” żeby się wykąpać, poprać rzeczy, wyspać, zdobyć coś do jedzenia etc. Obudziło mnie rano kołatanie do drzwi koleżanki, że „Jaruzel wprowadził wojnę”.

Jaka była pierwsza reakcja?

No… powiedziałem – „no to on już nie żyje” taki był power, wiara i naiwność. Jak się okazało strajku już nie było na Uczelni, kupiłem więc ile się dało planów Wrocławia i chodząc gł. po zachodniej i północnej części miasta nanosiłem na mapę głownie ołówkiem, informacje takie jak numery opancerzonych wozów transportowych, liczbę widocznych ZOMOwców, wojska, patrole etc. Przekazywałem to dalej, to pozwalało się zorientować w skali akcji, ile naprawdę jest sprzętu, pojazdów , ludzi… po stronie WRONu, bo przecież skoty i suki się cięgle przemieszczały i nie wiadomo było jakie siły są rzucone na Wrocław.

Tak dla ciekawości – dlaczego ołówkiem? Co było dalej – co z „Solidarnością”? Jakaś ciekawostka?

No bo na mrozie długopis nie za bardzo pisze, a po drugie łatwiej o ołówek i ewentualne korekty, a po trzecie liczyłem na odzysk planów miasta. Po kilku dniach wygonili nas z akademika, więc pałętałem się po ludziach do Świąt i wróciłem do rodzinnego Kietrza do rodziców, którzy nie mieli ze mną żadnego kontaktu. Ciekawostka? Tam się dowidziałem, że akurat 13 grudnia była procesja z zakładu pracy ojca do Kościoła, gdzie poświęcono sztandar „Solidarności”. Szło może więcej niż 2 tys. ludzi i patrzyło na to kilku ORMOwców i milicjantów. Wnet pozwolono nam wracać na Uczelnię – ale rzeczywistość była siermiężna. Na zajęcia nie wróciło jak pamiętam przynajmniej 2 osoby, bo jak podejrzewaliśmy byli konfidentami eSBecji i mieli już inne zdania. Ilu ich zostało (?) – chyba co najmniej jeden na około może 80 studentów.

Ale oprócz studiowania zajmowaliście się typowym życiem studenckim – śpiewanie w chórze akademickim, nurkowanie, jeżdżenie na motokrosie, w piłka nożna… Bardzo ciekawe są wypowiedzi https://www.youtube.com/watch?v=3lw38Apg8H8 na początku na tle „Solidarności” ale potem…

Solidarność była w sercu odkąd była w 1980tym. Chóry były faktycznie, ale później, najpierw na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej na Lublinie a potem Uniwersytecie Wrocławskim – to okres kiedy robiłem doktorat i habilitację. Nurkowanie było od chyba 2go r studiów – oczywiście tylko nasze jeziora, zimno, ciemno, na początku bez pianki, w aparacie Mors – niewielu by umiało w nim nurkować, bo do kanału powietrza bywało, że dostawała się woda i trzeba było je wydechem odpowiednio wypompować. Zresztą, nurkowanie i pobieranie setek prób metanu, także w nocy, zima pod lód i w górach (nawet w Czarnym Stawie) z dna jezior dało mi materiał na habilitację – tu, a wcześniej podobne badania metanu w Japonii i Tajlandii, ideowo zaczęły polski gaz w łupkach. Piłka nożna to już później – w zasadzie na 5-tym roku studiów chyba i po doktoracie – doszliśmy raz do 2go miejsca w raczej nieoficjalnych akademickich mistrzostwach Europy w halowej piłce nożnej chyba w 1997 r. – grałem nawet z niektórymi swoimi studentami czasem jako łatanie dziury. Zresztą, organizowałem coroczne mecze pracownicy (+absolwenci) versus studenci geologii i ochrony środowiska. Wygraliśmy chyba 8 razy, przegraliśmy 6, było też kilka remisów. Wcześniej na początku ogólniaka i trochę na początku studiów, było karate, ale odkąd pamięć sięga to motocykle – w wieku 6 lat śmigałem sam Junakiem, nie sięgając jednocześnie hamulca tylnego i nóżki biegów. Jako 10 latek przejechałem w jeden dzień na motorowerze Jawa Mustang na ukos Polskę (ponad 500 km) no i za 2 tyg. z powrotem. Ojciec przygotował też jeden egzemplarz Junaka jako podrasowany tylko na teren (off-road) – no tu się szalało po pooranym PGRowskim polu, po kopalni piasku i nieużytkach na pełnym ogniu. Skakać tym klocem było trudno, rwał się łańcuch, wywrotki bolały, jeździłem także z wózkiem bocznym dźwigając go, albo nawet robiąc zwrot na jego kole. Potem Ojciec zaczął budować motolotnie jako jeden z pierwszych w Polsce, ja tylko nieco próbowałem bo poszedłem na studia, za to ojciec i młodszy brat to profesjonaliści. No i ponownie doszliśmy do stanu wojennego, a do motokrosu wróciłem już na nowoczesnych motocyklach w wieku ok. 40 lat.

Wtedy kiedy został Pan profesorem tytularnym, bo uczelnianym z 5 lat wcześniej? Jednak, jak to – doktorat z fizyki, ale profesura z geologii? Jakieś zabawne historie?

Moją pasją była jednak analiza izotopowa i badania wykonywałem jako student-stażysta z Zakładzie Fizyki Jądrowej UMCS, i to dzięki wtedy doktorowi, a potem profesorowi i potem mojemu promotorowi pracy doktorskiej Stanisławowi Hałasowi, udało mi się wiele zrobić w jego Pracowni – zajęcia u niego na UMCS były też elementem mojego indywidualnego toku studiów na 3cim kierunku. Praca doktorska była zatem rozwinięciem pracy magisterskiej z tzw. geologii strukturalnej, ale już z elementami analizy izotopowej śladów wpływu wód morskich w skorupę oceaniczną (tzw. ofiolit Ślęży jest fragmentem dna oceanicznego sprzed blisko 300 mln lat) i powstawanie złóż m.in. metali – dziś zresztą mamy polską działkę na Atlantyku na takie właśnie metale. Miałem pracę doktorską bronić na UMCSie, ale mój promotor, człowiek o potężnym światowym dorobku, był głęboko wierzącym katolikiem (zresztą, od 20 lat słuchał tylko Radia Maryja) i nie ukrywał pogardy dla PZPRowców – nie miałem więc szans zdać egzaminu z fizyki teoretycznej bo szefem komisji egzaminacyjnej był czerwony aparatczyk fizyk teoretyk- stąd obrona doktoratu na Uniwersytecie Wrocławskim. Co ciekawe miałem 3 recenzentów: fizyk (Prof. M. Pazdur – zaangażowany opozycjonista solidarnościowiec z Politechniki z Gliwic), chemik (prof. Wojciech Narębski – żołnierz gen Andersa, bohater spod Monte-Casino, woził m.in. czasem słynnego niedźwiedzia Wojtka) i Prof. A. Majerowicz (geolog-petrolog, któremu nie za bardzo było po drodze z PZPR). Promotorem był oczywiście fizyk – wtedy dr hab. St. Hałas. Niestety, z tej czwórki żyje tylko Prof. Narębski. Po doktoracie pracowałem w Tokio w pionie badawczym instytutu koncernu chemicznego Mitsubishi i na Uniwersytecie Rolniczym w Tokio – tam badałem powstawanie metanu w osadach. W dniu 3 maja 1992 założyłem swoją pracownię izotopową na Uniwersytecie Wrocławskim. Zabawna historia (?) – no nie wiem – a niech tam – Prof. Hałas organizował chyba w czerwcu 1998 r konferencję w Lublinie i zapraszając mnie z Wrocławia poprosił abym przywiózł mu nowalijek bo u nich jeszcze niczego nie ma. Po drodze zaraz za Wrocławiem kupiłem przy drodze worek młodych ziemniaków i mu wręczyłem – obruszył się na to bardzo pewien funkcyjny postkomunista i kategorycznie zabronił mi w przyszłym roku przywozić: „żadnych kartofli” – na następna konferencję przywiozłem więc worek cebuli.

Ale w latach 80tych był za panem list gończy – kiedy?

Tak – w zasadzie mało co nie poszedłem w karne kamasze Ludowego Wojska Polskiego zamiast zrobić pracę doktorską. Studiując 3ci kierunek, robiłem na UMCSie badania do doktoratu (fizykę zarzuciłem – po prostu nie dałem rady równolegle ciągnąć fizyki i geologii), coś dorabiając u Prof. st. Hałasa. Wdałem się w konflikt z kimś ważnym z administracji, na Uniwersytecie Wrocławskim – nie chciałem bowiem zdjąć czapki przed godłem PRLu bo „orzeł nie miał korony, więc to dla mnie nie godło”, dołożyło się wcześniej kilka antysystemowych zwrotów, opinia… – no i wywalili mnie ze studiów z 4go roku, kiedy miałem nawet zaliczone zajęcia z wyprzedzeniem z piątego roku, z natychmiastowym biletem do wojska… do Orzysza czy gdzieś podobnie. Przypadkowo, 20 lat później widziałem rozkaz i rekomendację w rodzaju „usunięty ze studiów w dniu 17 października … – natychmiastowy pobór do wojska” – jest podpis, jest numer, data. Wymeldowałem się po znajomościach z Kietrza, ale nigdzie się nie zameldowałem, pomieszkiwałem w Lublinie w szpitalu akademickim, w Pracowni obok gabinetu Prof. Hałasa, potem „sposobem” w hotelu asystenta, ale na Uniwersytecie Wrocławskim byłem zatrudniony, prowadziłem zajęcia…. a list gończy był wojskowy. Jadąc pociągiem z gotową pracą doktorską z Lublina do Wrocławia, i mając zresztą sporo bibuły w plecaku, spotkałem pewnego pułkownika, który właśnie obronił doktorat – i ten w ramach „solidarności doktorów” powiedział, że mi pomoże w WKU, żeby mi dali czas na obronę, co zresztą było wymagane ówczesnymi przepisami – oczywiście nie wiedział, że jestem ścigany przez wojsko. Poszedłem z nim do WKU i faktycznie mi pomógł – bluzgi jakie od niego usłyszałem, że mu nie powiedziałem, że uciekłem od wojska, tutaj nie powtórzę: za tobą jest …. list gończy, ale żeś mnie…. itd. Po obronie już mnie do wojska nie chcieli bo, po trzech godzinach telefonów i wezwań zza drzwi w tę i z powrotem, powiedział mi sierżant w WKU: „takich jak ty to my …. nie potrzebujemy”. Powiedział, że po doktoracie i tzw. „szkółce” musiałbym być min. podporucznikiem – stąd i w wojsku nie byłem bo siałbym ferment polityczny.

Czyli doktorat zrobił pan w wieku 26 lat – a profesura też szybko jak na geologię – chyba 40 lat?

Do dziś niektórzy mi wypominają, że tytuł mam politycznie dzięki Prezydentowi L. Kaczyńskiemu, ale prawda jest taka, że władze Uczelni i Centralna Komisja Kwalifikacyjna wydały pozytywne rekomendacje chyba w 2002 i w 2003 r a dyplom profesorski wręczał mi Aleksander Kwaśniewski. Około dwa lata wcześniej odmówiono mi tytułu profesorskiego, a jeden tzw. „superrecenzent” argumentował w negatywnej opinii, że „w wieku 38 lat nie występuje się o tytuł profesora”. Po wielu latach, ktoś się przyznał, a jeśli to prawda, to tym „superrecenzentem” był człowiek o chlubnej karcie „Solidarności” ale esbeckimi powiązaniami. Iluż ich było w Solidarności i iluż jest nadal, ich wychowanków, popłuczyn – wielu młodszych nawet nie wie co robił ich emerytowany dziś kolega czy szef? Jak to się przekłada na dziś, jakże trudno jest w takich warunkach Polskę wygrać? W geologii, w złożach, koncesjach, w surowcach szczególnie, bo tu chodzi zawsze o wielkie, miliardowe kwoty – stąd nagromadzenie takich interesantów jest szczególne. Jeśli kogoś to interesuje to jest krótki artykuł Tomasza Kończyło, w 6 numerze Polityki Surowcowej pt. „Służba Bezpieczeństwa i Demony Geologii”. Niczego to nie zmieni, ale warto wiedzieć jak daleko sięgały działania komunistycznych służb i wiedzieć dlaczego. To być może pomoże tez zrozumieć dzisiejsze sytuacje.

A rodzina – karta patriotyczna!?

W tradycji rodzinnej, kolejnym pokoleniom, przekazujemy dumę narodową, szacunek do polskości, nie tylko nasze formalnie zapisane dziedzictwo walki o wolną Polskę. Polskość to żarliwa normalność i niezbędność jak powietrze, woda, ziemia …. Wyrosłem w duchu takiej Polskości, na opowieściach właśnie takich. Mój dziadek współorganizował trzy powstania śląskie, był dość bliskim współpracownikiem Wojciecha Korfantego, (mam zdjęcie z 1913r dziadka z najprawdopodobniej właśnie W. Korfantym. Był ranny w 3cim powstaniu, otrzymał srebrny krzyż orderu wojennego Virtuti Militari – czyli ten za walkę. Dziadek był też Piłsudczykiem (to nieczęste wśród Korfantowców), i po odzyskaniu niepodległości miał nadania ziemskie za Bugiem, pielęgnował tradycje Powstania Styczniowego – ci ostatni Powstańcy, którzy dożyli niepodległości, byli stawiani na piedestał – mam nawet zdjęcie dziadka z Powstańcem – choć niestety nie wiem kto to jest – ojciec też nie wiedział, mówił mi tylko, że to jest ktoś bardzo ważny i bardzo szanowany bohater. Zresztą, rodzinna dziadka straciła majątek, gdzieś pomiędzy Sosnowcem a Częstochową, po Powstaniu Styczniowym, a dziadek miał ponoć propozycję przyjęcia szlachectwa – ojciec opowiadał, że odrzucił to ze śmiechem bo „dwa razy szlachcicem nie będzie” – bo zresztą też nie uznawał żadnych tytułów. Mój ojciec urodził się za Bugiem, ale dziadek był na czarnych listach i w 1939 (gdy już nie żył) szukali go kolejno Gestapo, NKWD i Ukraińcy. Drugi dziadek, z mamy strony był organistą w kościele w Chlebowie (k/Grzymałowa) czyli daleko na kresach, kawał za Tarnopolem, gdzieś niedaleko ówczesnej granicy z Sowietami w kierunku Kamieńca Podolskiego. Cudem udało się im ocaleć z banderowskiego ludobójstwa, ale w 1943 został schwytany i wcielony do polskiego oddziału zwiadu w sowieckiej armii i przez nich zabity – intencjonalnie, bowiem przeprowadzono przygotowanie artyleryjskie w miejsce gdzie wysłano polski oddział (który w kościółku trafił na zwiad niemiecki), z komentarzem „ … a szto, tiebia żałko 24 polijakiw?!” (byli świadkowie). Moja mama miała wtedy 5 lat a jej brat 2 latka – załapali się później na przesiedlenia na Ziemie Odzyskane. Zwłoki dziadka zakopano w polu, ale mój ojciec doprowadził w 1965 r do ekshumacji na cmentarz wojskowy do Drawska Pomorskiego – byłem tam kiedy ojciec odkopywał doczesne szczątki dziadka i pamiętam to jak przez mgłę, wieś Żabienko – koło ruin kościoła. Większość z nas ma podobne wspomnienia, wielu nie wie bo nie miał kto przekazać – trzeba to ocalić, kultywować, przekazywać – powiedzcie – czy to nie zobowiązuje? Czy to nie jest kierunkowskaz działania?

I jeszcze na koniec – czy top prawda że zaczyna Pan pracę nawet o 3ciej rano – to szokuje, szczególnie w przypadku ministrów – ale wpisy pobrania kluczy w Ministerstwie Środowiska to potwierdzają?

No, raczej pomiędzy 3:30 a 6tą, średnio powiedzmy ok 5tej. w pierwszym roku było to od ok. 6:30 ale potem coraz wcześniej. Nie da się zrobić dla Polski wiele bez ciężkiej pracy – a rano nikt nie przeszkadza, doskwiera tylko brak sekretarki.

PODZIEL SIĘ