Dno dna! Lis porównuje program PiS m.in. do dekretu o stanie wojennym. “Nie jest to żadne ‘Mein Kampf’ Kaczyńskiego”

fot. youtube.com

W tych wyborach chodzi o wolność. Ni mniej, ni więcej. O wolność” – uderza w patetyczne tony we wstępniaku do „Newsweeka” Tomasz Lis.

 

Przeczytałem program PiS. To najbardziej złowrogi dokument, jaki powstał w Polsce od ogłoszenia dekretu o stanie wojennym 38 lat temu

— pisze naczelny „Newsweeka”.

Nie jest to żadne „Mein Kampf” Kaczyńskiego ani czerwona książeczka Mao czy zielona pułkownika Kaddafiego

— dodaje.

(…) centralne w programie są naród i rodzina, obywatel zaś, społeczeństwo i wspólnota zdecydowanie mniej

— wskazuje. Czym jednak są naród i rodzina, jeśli nie wspólnotami właśnie?

Poza słowem „państwo” i „naród”, które pojawiają się w programie po ponad sto razy każde, na trzecim miejscu – uwaga – wolność, również ponad sto razy

— dla Lisa oczywiście wskazana jest ona przewrotnie, a PiS tak naprawdę chcę tę wolność odbierać.

Proste, im bardziej wybije się zęby instytucjom, które służą wolności, tym więcej będzie wolności. Im bardziej „ureguluje się” wolne zawody, tym bardziej wolne one będą. Bo uregulować i skontrolować trzeba wszystko i wszędzie, w imię wolności oczywiście, która z natury pragnie regulacji i kontroli

— stara się kpić naczelny „Newsweeka”.

Lis program nazywa program Prawa i Sprawiedliwości „testamentem Kaczyńskiego”, a jego założenia porównuje do zasad rządzących państwem u Orwella.

U Kaczyńskiego i w jego partii zasady zdają się podobne – prawa obywatelskie to patologia, regulacje to swobody, szacunek dla innych narodów to postkolonializm, klatka to wolność

— przekonuje Tomasz Lis.

Czy to Węgry bis, czy Turcja bis, będzie miało znaczenie drugorzędne. Nie będzie to państwo, w którym ponad ćwierć wieku żyliśmy, w którym wciąż żyjemy i w którym żyć chcemy

— kontynuuje swój wywód pozbawiony konkretów.

W tych wyborach chodzi o wolność. Ni mniej, ni więcej. O wolność

— kończy naczelny „Newsweeka”.

Tomasz Lis pisząc o programie Prawa i Sprawiedliwości nie odnosi się do ani jednego konkretnego postulatu partii rządzącej. Zamiast tego dokonuje serii absurdalnych porównań dając upust swoim fobiom. Fani naczelnego „Newsweeka” mogą czuć się zawiedzeni. Jego „analizy” niczym nie różnią się już od opozycyjnych przekazów dnia. Niebezpiecznie wręcz zbliża się poziomem wypowiedzi do osób pokroju Klaudii Jachiry.

źródło: wpolityce.pl

PODZIEL SIĘ