Pogardy nie da się tak łatwo ukryć. Stuhr tłumaczy się w „GW” z „chłopów folwarcznych”: Dlaczego ta przegapiona część musi nienawidzić?

Jerzy Stuhr w sobotniej „Gazecie Wyborcze” próbuje tłumaczyć się ze swoich pogardliwych słów o elektoracie Prawa i Sprawiedliwości, które padły w rozmowie z Tomaszem Lisem. Nie wychodzi to aktorowi najlepiej, bo w tym samym wywiadzie stwierdza, że „przegapiona część społeczeństwa”, którą mają być osoby głosujące na PiS, się mści i „nienawidzi”. Czyli wszystko po staremu…

Klasowa nienawiść ma długie korzenie. Literatura, do której mi najbliżej, też to odnotowuje. Bunt pachołków w „Operetce” Gombrowicza. Nienawiść szewców u Witkacego. Pan Młody z „Wesela” mówiący: „Mega dziadka piłą rżnęli, myśmy wszystko zapomnieli”, albo Czepiec: „Pon nos obśmiwajom w duchu”. To jest sytuacja takiego Józka, który jako młody chłopak bierze ślub, ale musi oddać ukochaną, bo jest prawo pierwszej nocy. Po wiekach Józek idzie do parlamentu. I słyszy jeszcze, że mu słoma z butów wystaje, słyszy, żeby nie robił wiochy. On dalej myśli, że go obśmiewają w duchu. I nienawidzi. Nieporozumienie polega tym, że ja nikomu nie wytykam pochodzenia. Mówię o poczuciu pogardy, którą odczuwa część społeczeństwa, o emocjach i reakcjach, które z niej wynikają. O stanie chorobowym

—próbował tłumaczyć się Stuhr.

Pytany dlaczego angażuje się w politykę, wyjaśnił:

Żona kiedyś mówiła do mnie: „Po co ci to?”. Ale już tak nie mówi. Bo to nie tak, że wystarczy metaforycznie, dookoła, przez film czy spektakl. Jesteśmy w zbyt ważnym momencie. A ja mam taki gen, że potrzebuje dialogować z ludźmi. Więc jak już posłucham, poczytam i wyrobię sobie własne zdanie, to może komuś troszeczkę pomogę, jeżeli się nim podzielę?

Dziennikarka prowadząca rozmowę ze Stuhrem, opowiedziała mu o nauczycielce, która ma ośmioro dzieci i wsparcie państwa ją „dosłownie uratowało”. Jak mówi Aleksandra Szyłło, nauczycielka mogła się dzięki pomocy państwa „zwolnić, zając rodziną i reperowaniem zdrowia”. Co na to Stuhr?

Byłem bardzo za Karolem Modzelewskim. Jego „Kobyła historii” wiele i rozjaśniła, unaoczniła, że przegapiono część społeczeństwa. To się teraz mści. Ale dlaczego ta przegapiona część musi nienawidzić? Czy tej nauczycielce nie przeszkadza wylew nienawiści w Radiu Maryja?

—rzucił pogardliwie aktor.

W rozmowie pada również pytanie o hasła, która zdaniem Stuhra „wyjmują nas z kołtuństwa”. Jakie to hasła?

Prawa kobiet, in vitro. Uznanie związków nieformalnych. Również homoseksualnych, ale nie tylko, przecież wiele par heteroseksualnych też żyje w niesformalizowanych związkach

Wracając do haseł – szczególnie bliskie są mi te, które wyrzucają nas z grajdoła polskiego katolicyzmu prowincjonalnego. Choć pewne rzeczy odbieram jako zbyt prowokujące. Czy nie lepiej byłoby, gdyby Marsz Równości odbywał się na poważnie? Mówię o tej awangardowej, humorystycznie zaczepnej formie – problem jest przecież poważny, więc przedstawmy go serio, jako coś, co dotyka sąsiadów, bliskich, bliźnich. Chodzi mi o to, żeby szukać języka, który maksymalnie ułatwia przekaz i wzajemne zrozumienie

—powiedział.

Trudno nie odnieść wrażenia, że Jerzy Stuhr podobnie jak Olga Tokarczuk, to forma pewnej agitacji wyborczej. Oboje między wierszami pokazują, kto jest „dobry”, a kto „zły”. Na kogo warto głosować, a na kogo nie. Przykre, że przy tej okazji, aktor obraża dużą część społeczeństwa.

wpolityce.pl/”Gazeta Wyborcza”

PODZIEL SIĘ