Marcin Krzyżanowski, wicemarszałek województwa dolnośląskiego: Dopalacze w dalszym ciągu zabijają młodych ludzi

– Dopalacze w dalszym ciągu zabijają młodych ludzi, dlatego uruchomiliśmy program: „Dopalaczom mówimy NIE”. Potrzebujesz pomocy skorzystaj – mówi Marcin Krzyżanowski, wicemarszałek województwa dolnośląskiego.

Projekt „Dopalaczom mówimy NIE” Dolnośląskiego Centrum Zdrowia Psychicznego Sp. z o.o. we Wrocławiu realizowany jest przy współpracy z organizacjami pozarządowymi (Stowarzyszeniem RETURN, Stowarzyszeniem KARAN, Fundacją na rzecz Osób Uzależnionych PRZYSTAŃ, Fundacją SALIDA) oraz Urzędem Marszałkowskim Województwa Dolnośląskiego.

– Co zawierają tak zwane dopalacze? Ten niewinne wyglądający zielony susz może zawierać substancje uzależniające tak jak heroina. Naprawdę w tym suszu, tabletkach, proszkach, może być wszystko. Skład ciągle się zmienia. Z racji swojego stanowiska widzę skutki ich przyjmowania. W „dopalacze” łatwo wejść, wyjście może być niezwykle trudne – mówi Marek Witowski ordynator Oddziału Leczenie Uzależnień przy ul. Kraszewskiego we Wrocławiu.

Złota era dopalaczy w Polsce zaczęła się w 2008 roku, kiedy to brytyjska firma World Wide Supplements Importer odkryła, że można u nas legalnie sprzedawać różne dziwne substancje. Pierwszy sklep otworzono w Łodzi i to z wielką pompą. Samochód Hummer z hostessami, które rozrzucały ulotki nowo otwartego sklepu z dopalaczami, reklamującymi zioła i pastylki o działaniu psychodelicznym, euforycznym i energetyzującym, przejechał ulicą Piotrkowską 30 sierpnia 2008 r. Przy dźwięku muzyki wydobywającej się przez megafony, auto skręciło w bramę naprzeciwko siedziby urzędu miasta i zatrzymało się pod szyldem dopalacze.com. Reklamowy slogan sugerował, że oto przyjechał diabeł. Brytyjski właściciel firmy ogłosił, że na wiosnę 2009 r. otworzy sto sklepów na terenie całej Polski. Jak ogłosił, tak też zrobił. Już wkrótce na prestiżowych ulicach największych polskich miast pojawiły się sklepy z szyldem dopalacze.com, gdzie można było nabyć rozmaite artykuły zmieniające świadomość. Rzecznik prasowy firmy uspokajał, że to artykuły dla kolekcjonerów. Szybko się okazało, że w Polsce jest cała masa hobbystów-amatorów lubiących gromadzić różne proszki i tabletki, więc w ślad za brytyjską firmą poszły inne. Wkrótce „nowe narkotyki” można było kupić równie łatwo jak bułki. Czy można wyobrazić sobie lepszy interes? Wystarczyło wynająć lokal, sprowadzić z Chin lub Wielkiej Brytanii parę wiader proszków i ziół n – i interes sam się kręcił.

– „Dopalacze” to syntetyczne cannabinole. Każdy narkotyk ma swoje lustrzane odbicie w dopalaczach. Według mnie niczym się nie różnią od narkotyków poza tym, że były legalne i jeszcze nie wiadomo, jakie szkody w organizmie mogą spowodować. Mają to do siebie, że efekt „odurzenia” trwa krótko i co pół godziny trzeba dopalać, aby pożądany efekt się utrzymywał. W przypadku dopalaczy tych, które się pali jest tak, że na początku jest jak po marihuanie, ale po 2-3 dopaleniach człowiek się męczy, ma poczucie wyczerpania, idzie spać, budzi się, co pół godziny, żeby znowu dopalić. Najgorsze jest to, że nie można przestać, a potem czuję strach, ma „popaprane” myśli. Od siedmiu miesięcy jestem czysty. Może nauczę się żyć normalnie – mówi Andrzej, który jest po terapii.

W czasach rządów PO-PSL, sklepy z dopalaczami powstawały jak grzyby po deszczu – było ich grubo ponad tysiąc. Wybór był ogromny. Najpopularniejsze były zamienniki „trawki”, czyli różne zioła zawierające syntetyczne kannabinoidy. Największą sławę zyskał „Mocarz”, bo po kolejnej delegalizacji zachłanni dilerzy postanowili się pozbyć resztek nielegalnej już substancji i zwiększyli stężenie chemii w sprzedawanych ziółkach. W efekcie zatruło się około 150 osób i o „Mocarzu” usłyszała cała Polska. Takich ziołopodobnych substancji było bardzo dużo. W sklepach z dopalaczami można było też nabyć zamienniki amfetaminy. Przez pewien czas legalny był nawet mefedron, który wraz z delegalizacją ustąpił miejsca metafedrenowi.

Po pierwszych seryjnych przypadkach śmiertelnych wywołanych substancjami psychoaktywnymi wreszcie dostrzeżono problem. Główną część winy ponosiły specjalne punkty sprzedażowe. Nie można było ich natychmiast zamknąć, za pomocą istniejących narzędzi prawnych, bo produkty sprzedawano pod szyldem artykułów kolekcjonerskich. W efekcie w latach 2009-2010 wprowadzono trzy nowelizacje Ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii. Jednym z głównych założeń stało się poszerzenie listy substancji zakazanych w produkcji „dopalaczy”. Jednak niewiele dały te zmiany, choć liczba sklepów zmniejszyła się z 1300 do 170, to coraz to nowe substancje nieobjęte zakazem trafiały na rynek. Sytuację też utrudniał i nadal utrudnia handel internetowy.

Dopiero w 2018 roku PiS wprowadziło nowe przepisy, które mają na celu przeciwdziałanie temu groźnemu zjawisku. Według nich za samo posiadanie znacznych ilości dopalaczy będzie groziła kara nawet do trzy lat więzienia, a za handel nimi nawet do 12 lat. Do odpowiedzialności karnej zostaną pociągnięci także posiadacze zabronionych substancji. Wreszcie dopalacze potraktowano jak narkotyki.

Nowa ustawa zmieniła też definicji dopalaczy – substancja psychoaktywna zostanie „oderwana” od środka zastępczego. Substancja psychoaktywna ma znany wzór chemiczny, co pozwala przewidzieć jej działanie i to właśnie ona trafi do wykazu nowych substancji, których posiadanie będzie karane. Dzięki ustawie znacznemu przyspieszeniu ulegnie też proces wpisywania nowych substancji na listę związków zakazanych. Do tej pory trzeba było nowelizować ustawę, by określić listę takich substancji. Teraz będzie to następowało szybko w drodze rozporządzenia.

W przypadku wykonywania działalności dotyczącej wytwarzania, przetwarzania, przerabiania, przywozu, wywozu, wewnątrzwspólnotowej dostawy lub wewnątrzwspólnotowego nabycia oraz wprowadzenia do obrotu nowej substancji psychoaktywnej – przedsiębiorcy prowadzący taką działalność, co do zasady, będą musieli uzyskać zezwolenie od Inspektora ds. Substancji Chemicznych.

 

Dopalacze, tak jak narkotyki, schodzą do podziemia. Czy nie czekano zbyt długo z tymi rozwiązaniami?

autor: Albert Łyjak

źródło: gazeta Obywatelska

PODZIEL SIĘ