Karnowski: Marszałek Grodzki wysyła w świat sygnał, że w Polsce są dwa ośrodki władzy, które można rozgrywać. To już było: przed Smoleńskiem

„Taki radykalny model oporu wobec państwa wyraźnie odwołuje się do sarmackiego dziedzictwa konfederacji (czy też rokoszu), gdzie grupa obywateli postanawia zbiorowo działać »zamiast państwa«, jednocześnie nadając legalną moc podejmowanym przez siebie aktom władczym. To z kolei nieuchronnie musi wywoływać ze strony państwa kroki odwetowe, niechybnie narażone na uzasadniony zarzut lekceważenia liberalnych praw i swobód. Tym samym państwo zostaje wepchnięte na ślepy tor, na końcu którego w dawnej Polsce następowało rozstrzygnięcie rzeczy siłą”

— tak Jan Rokita, w wypowiedzi dla strony Klubu Jagiellońskiego, skomentował postawę korporacji prawniczej w ostatnich latach.

Do tych słów odniosła się w mediach społecznościowych dziennikarka „Gazety Wyborczej” Dominika Wielowieyska, stwierdzając:

Do tej analizy idealnie pasuje określenie „jak kulą w płot”. Pomija ona podstawową kwestię taką, jak łamanie konstytucji, które jest źródłem konfliktu.

Problem w tym, że im dłużej trwa konflikt, tym bardziej zarzut rzekomego złamania konstytucji staje się niejasny, wręcz mętny. Zapewne nawet ogromna większość zwolenników opozycji nie byłaby w stanie ująć tego ogólnego zarzutu w jasne punkty, z tego prostego powodu, że o żadnym złamaniu konstytucji nie może być mowy. Był wielopoziomowy spór polityczno-prawny, w którym strona opozycyjna bardzo mocno naciągała prawo; wystarczy przypomnieć kuriozalne orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego w końcówce kadencji prezesa Rzeplińskiego, który w gorączce walki politycznej nie wahał się deptać własnych orzeczeń – np. gdy chodziło o możliwość tzw. zamrażania ustaw.

W istocie ta linia ataku na głowę państwa opiera się on na założeniu, że jeśli zarzut zostanie powtórzony milion razy, to zostanie przyjęty jako prawda. Nie, nie zostanie przyjęty.

Jan Rokita trafił nie kulą w płot ale w sedno: opozycja, taka niby zachodnia, powiela najgorsze polskie błędy z najczarniejszej, najbardziej haniebnej epoki naszych dziejów. W latach 2010-2015 politycy PO oraz media liberalne dzień w dzień oskarżały PiS o próbę „rokoszu”, o groźne dla państwa awanturnictwo. Wokół parogodzinnej próby okupacji siedziby PKW po skandalicznych wyborach samorządowych rozpętano prawdziwą histerię. Czym były tamte zachowania – pozbawione autoryzacji PiS – na tle np. puczu sejmowego, konsekwentnego prowokowania policji bądź prób blokowania rządowych samochodów przez radykalny odłam opozycji?

Teraz mamy zagraniczną aktywność marszałka Senatu Tomasza Grodzkiego. I nie chodzi o to, że się spotyka, bo spotykali się wszyscy jego poprzednicy. I nie chodzi nawet o to, nie tylko o to, że pyta się o opinię na temat ustaw jeszcze przez parlament nie przyjętych. Tu chodzi o sprawę poważniejszą: o świadome demolowanie, anarchizowanie i podminowywanie polityki zagranicznej państwa polskiego. O wysyłanie sygnału, że są dwa ośrodki władzy. O wytykanie palcem prezydenta, premiera i marszałka Sejmu jako tych złych. W sumie to ta sama gra, którą obserwowaliśmy przed Smoleńskiem.

Marszałek Grodzki bagatelizuje fakt spotkania z ambasadorem Rosji i ambasadorami innych państw. Czy nie widzi, że w jego postawie sprawne umysły analityczne już dostrzegły szansę na rozegranie własnej gry, kosztem Polski? Poza tym: z ambasadorem Rosji lepiej nie spotykać się bez ważnej przyczyny i bez solidnego przygotowania, którego człowiek tak świeży w polityce z pewnością nie ma. Spotykać się nie powinien zwłaszcza człowiek, który ma tak poważne kłopoty wizerunkowo-prawne, bo ten własnie fakt czyni z niego słabego partnera, potencjalnie podatnego na manipulacje.

Owe kłopoty marszałka Grodzkiego są tu ważnym elementem. Im więcej słychać o rzekomym braniu łapówek w prywatnym gabinecie za operacje przeprowadzane w publicznym szpitalu, tym bardziej marszałek Grodzki brnie w stronę rokoszu. Wyraźnie widzi w tym ratunek dla siebie. Jednocześnie jednak rozpoczyna grę straszliwie niebezpieczną, i dla kraju, i dla siebie. Grę, której wygrać nie może. Bo kto w naszych dziejach wygrał tak grając?

autor: Jacek Karnowski

źródło: wpolityce.pl

PODZIEL SIĘ