„Carex” na wojennej ścieżce. Proces Cimoszewicza i „Gazety Polskiej” zakończony!

Dzisiaj odbyła się ostatnia rozprawa w sprawie Włodzimierz Cimoszewicz vs. „Gazeta Polska”. Były premier, a obecnie europoseł Koalicji Obywatelskiej żąda przeprosin i wpłaty kilkudziesięciu tysięcy złotych na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy za artykuł „Cimoszewicz dewastator”, w którym dziennikarze tygodnika opisali, w jakim stanie pozostawił leśniczówkę, którą dzierżawił przez lata od Lasów Państwowych.

Dzisiejsza rozprawa przed Sądem Okręgowym była ostatnią w procesie, jaki wytoczył „Gazecie Polskiej” eurodeputowany wybrany z list Koalicji Obywatelskiej – Włodzimierz Cimoszewicz. Przypomnijmy – były premier i minister spraw zagranicznych poczuł się dotknięty artykułem tygodnika „Gazeta Polska” w którym opisano, jak wygląda leśniczówka, którą opuścił polityk. Po tym, jak Cimoszewicz wyprowadził się z niej, nadaje się ona do generalnego remontu, gdyż ekipa polityka zabrała w zasadzie wszystko, co się w niej znajdowało, łącznie z boazerią, gniazdkami, czy ościeżnicami w drzwiach. Dodatkowo, w celu wyniesienia większych rzeczy wycięto fragmenty belki w ganku. Ogólnie wiec budynek nie nadawał się do zamieszkania. Gdy opisaliśmy sprawę, Włodzimierz Cimoszewicz poczuł się dotknięty, bo jak twierdzi, wszystko robił na zlecenie Lasów Państwowych. Jak podkreślił były premier, w 2016 roku kupił inną nieruchomość w Białowieży z myślą, żeby przenieść się z leśniczówki, w której przestał się czuć pewnie, gdy zaczął rządzić PiS. Cimoszewicz chciał skrócić czas wynajmu i chciał zwrotu nakładów w nieruchomość. Jakie to były nakłady? Sam Cimoszewicz tego nie wie.

– Na przestrzeni kilkunastu lat zainwestowałem, w pozwie mówię o około 300 tysiącach złotych, a później jak się nad tym zastanawiałem, to doszedłem do wniosku, że to było dużo więcej niż 300 tys. zł

– mówił dzisiaj Włodzimierz Cimoszewicz.

Podczas procesu w zasadzie były premier potwierdził, że wszystko zdemontowała jego ekipa. Mówił o zdejmowaniu boazerii, demontażu instalacji elektrycznej i gniazdek. Dużo miejsca poświęcił również grzybowi na ścianie.

Zdarzyło się kiedyś, że w kuchni skorodowała rura wodociągowa. Woda ciekła, przyjechali hydraulicy. Zdjęli część boazerii. Zmienili rurę i zamontowali boazerię. Po zdemontowaniu boazerii okazało się, że przed lat fragment ściany zamókł i zaplamił się. Pewnie pleśnią. Nadleśniczy machnął na to ręką i powiedział, że się odmaluje

– mówił Cimoszewicz.

Jego zdaniem zdjęcie grzyba, które umieszczono w „Gazecie Polskiej” było manipulacją, bo reszta ścian grzyba nie miała. W każdym razie po tym, jak Cimoszewicz wszystko już zdemontował to nie ustąpił i nadal żądał zwrócenia nakładów. Po negocjacjach Lasy Państwowe zapłaciły mu 50 tys. zł. Ten spokojnie przeniósł się do swojej prywatnej posiadłości w Białowieży.

– Zostawiłem to w takim stanie, jak sobie życzyło nadleśnictwo – stwierdził Cimoszewicz.

Jego zdaniem, celem publikacji miało być zaszkodzenie mu przed wyborami do Europarlamentu. Jak się okazało, nie udało się, bo Cimoszewicz, mimo że w kampanii potrącił nawet kobietę samochodem, bez problemu dostał się do PE.

– Ten wątek wracał wielokrotnie w zaczepkach internautów, ale również polityków, m.in. szefa rządu. On sobie kiedyś pozwolił publicznie powiedzieć, że my na pewno futryn i parapetów nie będziemy wyrywali. (…) Od tej pory ja Pana Morawieckiego w swoich wypowiedziach nazywam łgarzem i on nigdy nie zaprotestował – mówił Cimoszewicz.

W zasadzie Włodzimierz Cimoszewicz nie umiał wskazać nawet jednego zdania w publikacji, które byłoby nieprawdą. Podobnie jego adwokat, Krzysztof Czeszejko-Sochacki. Ten z kolei postanowił zapytać redaktora naczelnego Tomasza Sakiewicza, ni z tego ni z owego, o tekst Doroty Kani „„Carex” chce do PE. Były komunista „jedynką” Koalicji Europejskiej w Warszawie”. Co ciekawe, tekst ten nie był przedmiotem pozwu.

– Niezwykła sprawa, w której strona pozywająca nie jest w stanie wykazać chociaż jednego słowa nieprawdy. Widzi zdjęcia i mówi o nich, że są prawdziwe, ale twierdzi, że ją obrażają. Przejdzie to na pewno do historii polskiego sądownictwa. W trakcie rozprawy mecenas Czeszejko-Sochacki ujawnił, o co rzeczywiście chodzi. Nie o niefrasobliwy stosunek pana premiera do majątku Skarbu Państwa, ale o inny tekst o panu Carexie. Pytany przeze mnie o to, kto to jest Carex, nie chciał odpowiedzieć

– mówi nam Tomasz Sakiewicz.

Strona przeciwna nie udowodniła nam napisania nieprawdy. Jedyne, co kwestionowała, to nazwanie tego wszystkiego dewastacją. Tymczasem to jest to stwierdzenie oceniające pewną sytuację. Będę bronić tezy, że na podstawie tych zdjęć, które zostały pokazane i opublikowane przy artykule, można takiego sformułowania używać – podkreśla mecenas Sławomir Sawicki reprezentujący „Gazetę Polską”.

Wyrok w sprawie zostanie ogłoszony 5 lutego.
źródło: niezależna.pl

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ