Dr P. Więckowski: Nie możemy się łudzić, że Rosja odda Ukrainę bez walki

fot. pexels.com / zdjęcie ilustracyjne

Nie możemy się łudzić, że Rosja odda Ukrainę bez jakiejkolwiek walki, bo tutaj chodzi przede wszystkim o jej prestiż jako mocarstwa, prestiż jako imperium  – mówił w środowych „Aktualnościach dnia” na antenie Radia Maryja dr Paweł Więckowski z Instytutu Historii Wojskowej Akademii Sztuki Wojennej.

Rosja zgromadziła przy granicy z Ukrainą 155 tys. żołnierzy. Co więcej, pojawiły się informacje, że na okupowanym Krymie umieszczono broń jądrową. Jak twierdzą władze Federacji Rosyjskiej, są to wyłącznie ćwiczenia.

– Nie wiemy, czy Rosja faktycznie napadnie na Ukrainę i czy stoimy przed wizją wojny rosyjsko-ukraińskiej. Chyba każdy politolog w tej chwili zadaje sobie to pytanie i chyba żaden z politologów czy specjalistów od szeroko rozumianych stosunków międzynarodowych nie potrafi jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Wiele przemawia za tym, że w Donbasie Rosja chce przetestować, jak mocne jest wsparcie nowego amerykańskiego rządu dla Ukrainy, zwłaszcza gdy doszło do zmiany lokatora Białego Domu, a tym samym prezydenta Stanów Zjednoczonych – tłumaczył gość Radia Maryja.

Dr Paweł Więckowski zwrócił uwagę, że według komentatora Nikolausa Busse z niemieckiego dziennika „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, działania Rosji rozpoczęły się, gdy Joe Biden jeszcze nie nawiązał kontaktu z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim.

– W międzyczasie obaj prezydenci rozmawiali telefonicznie, a Joe Biden zapewnił o swym wsparciu dla Ukrainy. To samo zresztą uczyniły Unia Europejska, NATO, Niemcy i Francja – zaznaczył.

W istocie jednak nic nie zmieniło się w postawie Zachodu, a wsparcie nadal ogranicza się do deklaracji słownych.

– Wojska NATO na pewno nie wkroczą na Ukrainę, gdyż nie ma ku temu – przynajmniej według mojej oceny – jakichkolwiek podstaw prawnych, jeżeli chodzi o prawo międzynarodowe. Ukraina nie jest członkiem NATO, a Rosja wie o tym doskonale. Pytanie zasadnicze: jak zareagowałaby Rosja, gdyby na przykład część wojsk amerykańskich z Europy Środkowej została przerzucona na Ukrainę i czy Rosja potraktowałaby to jako policzek wymierzony w swoje imperialne zakusy i czy potraktowałaby to jako chęć oderwania od – nazwijmy to – „macierzy” swojej strefy wpływu – mówił wykładowca Akademii Sztuki Wojennej.

Gość „Aktualności dnia” zwrócił uwagę, że jako historyk patrzy na obecną sytuację z historycznego punktu widzenia.

– Rosja zawsze traktowała Ukrainę nie tylko jako strefę wpływu, ale jako integralną cześć swojego władztwa, tak jak my Polacy traktujemy np. Mazowsze czy Kujawy. Między Rosją a Ukrainą trwa też konflikt kulturowy o to, kto jest spadkobiercą wczesnośredniowiecznej Rusi Kijowskiej, a więc wschodnioeuropejskiego mocarstwa o wysokorozwiniętej cywilizacji w X, XI i XII wieku; czy jest to Ukraina, czy jest to Rosja? – podkreślił.

Historyk poruszył też inny aspekt rosyjskiej polityki imperialnej na przestrzeni dziejów.

– W czasach zaborów, a więc w XIX wieku – tutaj dotykamy też naszej historii, historii Polski – rosyjska polityka rusyfikacyjna Polaków była znacznie dotkliwsza na tzw. ziemiach zabranych, a wiec na Litwie, Białorusi i Ukrainie, aniżeli w Królestwie Polskim, czyli tzw. Kongresówce. Powód do tego typu polityki dał po upadku powstania styczniowego „Kat Litwy”, generał-gubernator wileński z okresu powstania styczniowego Michaił Mikołajewicz Murawjow, który uważał, że tereny między Kijowem a Wilnem od zawsze były rosyjskie, ale zostały w czasach Jagiellonów oderwane od ruskiego pnia i siłą spolonizowane oraz zkatolicyzowane. Według Murawjowa należało więc wszelakimi sposobami przywrócić je „Matuszce Rosji” i wierze prawosławnej – wyjaśnił dr Paweł Więckowski.

Podejście to przekłada się na obecną sytuację.

– Nie możemy się zatem łudzić, że Rosja odda Ukrainę bez jakiejkolwiek walki, bo tutaj chodzi przede wszystkim o jej prestiż jako mocarstwa, prestiż jako imperium – wskazał gość Radia Maryja.

Przypomniał, że Polska jako członek UE i NATO może wywierać na arenie międzynarodowej polityczne naciski, by wesprzeć Ukrainę.

– Nie zapominajmy, że Ukraina jest w dużej mierze – powiem brzydko – kordonem sanitarnym oddzielającym nas od tego wielkiego i niezwykle groźnego „niedźwiedzia syberyjskiego”, jakim jest Rosja. Poza tym musimy brać pod uwagę, że my również graniczymy z Federacją Rosyjską, bo jednak niewielki obszar Rosji – zaledwie 15 tys. km kw. – graniczy z Polską. Mówię tutaj o Obwodzie Kaliningradzkim. Możemy więc wykorzystać narzędzia, które daje nam członkostwo w Unii Europejskiej i NATO, aby wywierać naciski i presję, zwłaszcza na kraje Zachodu i Stany Zjednoczone, aby Ukrainie i Ukraińcom pomóc – wskazał wykładowca Akademii Sztuki Wojennej.

Z kolei jeśli chodzi o kwestie militarne, dr Paweł Więckowski zaznaczył, że w jego opinii Polska nie powinna podejmować zbrojnej interwencji na Ukrainie.

– Gdyby – nie daj Boże – wybuchła wojna ukraińsko-rosyjska, to moim zdaniem absolutnie nie powinniśmy brać w tym jakiegokolwiek udziału – stwierdził.

Wyjątek jednak stanowić mogłaby jedynie interwencja w ramach NATO. Historyk zwrócił uwagę, że Rosja, jako kraj azjatycki, który ma niewiele wspólnego z kulturą, filozofią i ideologią europejską, rozumie tylko język siły.

Język siły można rozumieć w dwójnasób. To jest nie tylko język militarny, a więc wojna i konflikt. Nie oszukujmy się – Rosja w starciu z krajami NATO, a zwłaszcza z takim krajem jak Stany Zjednoczone nie miałaby najmniejszych szans. Przepaść technologiczna oraz militarna Rosji i Stanów Zjednoczonych jest olbrzymia, choćby z racji nakładów na armię – podkreślał dr Paweł Więckowski.

Język siły można rozumieć też jako język sankcji ekonomicznych i politycznych. Gość „Aktualności dnia” wyjaśnił, na czym polegać powinny podjęte w jego ramach działania.

– Powiem brzydko: zagłodzić rosyjski rząd, odciąć ich od wszelkich środków finansowych i ekonomicznych, które niestety szerokimi strumieniami płyną z krajów zachodnich, przede wszystkim z Francji i z Niemiec – wskazał.

Zwrócił uwagę, że Angela Merkel mówiła niedawno o rozgraniczeniu spraw politycznych i ekonomicznych w kwestii Rosji.

– Dała ona sygnał światu, że, mimo iż Rosja jest agresorem dla wielu państw – bo zagrożona jest nie tylko Ukraina, ale zagrożone są tak naprawdę wszystkie państwa regionu wschodnioeuropejskiego – Angela Merkel nadal będzie robiła z Władimirem Putinem interesy. Przede wszystkim chodzi tutaj o Nord Stream 2 – mówił wykładowca Akademii Sztuki Wojennej.

Zauważył, że choć Zachód ma spore pole do popisu, jeśli chodzi o udzielenie wsparcia Ukrainie i powstrzymywanie zapędów Rosji, to jednak tego nie robi. Pytanie o to, dlaczego tak jest, należy jego zdaniem kierować do polityków tych państw.

Gość Radia Maryja odniósł się też do pojawiających się często twierdzeń, że z Rosją należy współpracować.

– Jak współpracować z państwem, które jest zarządzane niemalże w sposób mafijny i przede wszystkim jest zarządzane przez dawne sowieckie służby i dawne sowieckie elity? Przecież po 2000 roku, kiedy Władimir Putin przejął władzę, a kiedy zmuszono Borysa Jelcyna, aby ustąpił z urzędu i namaścił Putina, mamy do czynienia z państwem, które nie rozumie języka pokoju i języka współpracy międzynarodowej, tylko rozumie język siły – zaznaczył.

Historyk przyznał, że polityka UE, a zwłaszcza Josepa Borella, kojarzy mu się z polityką appeasementu stosowaną przez państwa Zachodu – zwłaszcza brytyjskiego premiera Neville’a Chamberlaina – wobec III Rzeszy.

– Tutaj podobieństw mamy bardzo wiele. Miejmy tylko nadzieję, aby ta miękka polityka Zachodu nie skończyła się tak samo, jak w latach 30. skończyła się polityka ugłaskania Adolfa Hitlera – podkreślił.

źródło: Radio Maryja

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ