Czyżby niemiecki minister groził Warszawie rewizją granic?

Przykład prof. Rotha pokazuje zarówno zaniechania, jak i możliwości mądrego budowania wsparcia dla polskich postulatów.

Prof. Roth, przedstawiciel generacji Niemców uczestniczących w lewicowej rewolcie lat 60., przeszedł długą drogę od zbuntowanego studenta do uznanego fachowca, piszącego poza sprawami odszkodowań i reparacji o różnych aspektach społecznej i gospodarczej historii nazistowskich Niemiec. I właśnie lewicowy rodowód sprawia, że jego głos w sprawie reparacji jest trudny do pominięcia i „skancelowania” przez niemiecki establishment. Głosy z lewa znaczą więcej – tak właśnie wygląda dziś intelektualny pejzaż Republiki Federalnej – nie ma się co na to obrażać, a czasem można wykorzystać. Czy poza publikującym prace Rotha poznańskim Instytutem Zachodnim ktoś w Polsce przejął się jego dorobkiem? Czy dostępna w języku polskim książka stała się przedmiotem poważnej debaty ? Oczywiście łatwiej się ograniczyć do „publicystycznej” konstatacji, że „Niemcy są niedobrzy”, ale po pierwsze to nieprawda, bo nie wszyscy, a po drugie dla polskiej racji stanu naprawdę niewiele z takich generalizacji wynika.

Przypadek grecki jest ważny dla Polski z różnych przyczyn. Niezależnie od odmownego stanowiska niemieckiego rządu sprawa greckich postulatów reparacyjnych jest obecna w debacie, bo Grecy wiele lat temu przedstawili konkretne wyliczenia swoich strat – i Berlinowi trudno udawać, że przedstawiony przez Grecję bilans nie ma realnych podstaw prawnych, historycznych i moralnych. Pojawia się w tym momencie pytanie: kiedy doczekamy się zapowiadanego od lat polskiego raportu? Opinia publiczna ma prawo wiedzieć, kiedy medialne zapowiedzi staną się rzeczywistością, na jakim etapie są obecnie prace nad raportem i którzy ekonomiści, prawnicy i historycy zaangażowani są w tworzenie dokumentu będącego mocnym i trudnym do podważenia głosem w rozmowie o przyszłości – tak, właśnie o przyszłości – relacji polsko-niemieckich. Kolejna sprawa to kwestia świadomości racji stanu i solidarności polskich elit. W Grecji zmieniały się rządy, radykalna lewica zmieniała się u steru władzy z konserwatywną prawicą, podziały polityczne zakorzenione w trudnej historii są nie mniejsze niż w Polsce, a uwikłanie kraju w dramat zadłużenia wpływał na mocne uzależnienie od czynników zewnętrznych. A jednak Grecy potrafili osiągnąć jakąś formę konsensusu w kwestii żądań reparacyjnych. Czy w Polsce jest to w ogóle możliwe? Niedawny, kuriozalny w swojej wymowie artykuł Radosława Sikorskiego na łamach „Polityki” każe w to wątpić. Prominentny polityk PO ma prostą wizję świata : „Prawica nie przyjmuje do wiadomości, że Niemcy stracili na naszą rzecz 20 proc. swojego przedwojennego terytorium, że reparacji i Kresów pozbawił nas Związek Radziecki, że Niemcy głównie finansują nasze transfery z Unii i że to my – godząc się na zmianę umowy o gazociągu jamalskim – częściowo przyczyniliśmy się do budowy Nord Streamu” – autor tych zadziwiających w swojej historycznej naiwności deklaracji naprawdę był kiedyś szefem dyplomacji…

O co chodziło ministrowi Maasowi z traktatem „dwa plus cztery”?

W czwartek, 1 lipca, podczas konferencji prasowej szefów dyplomacji Polski i Niemiec, Zbigniewa Raua i Heiko Maasa, padło pytanie o reparacje. Zadały je media niemieckie, a nie polskie. Obok batalii o Nord Stream 2 i stosunek do Rosji reparacje stanowią bowiem najbardziej malowniczy element międzypaństwowego protokołu rozbieżności. Minister Maas, zgodnie z tradycją, odpowiedział, że sprawa jest z punktu widzenia Niemiec zamknięta, a minister Rau, że zamknięta nie jest. Następnie Heiko Maas wyłożył stanowisko Republiki Federalnej Niemiec w następujący sposób: „Niemcy przyznają się do swojej historycznej odpowiedzialności za II wojnę światową. Z tego powodu Niemcy na szeroką skalę wypłaciły świadczenia odszkodowawcze także w stronę Polski. U nas ponad 75 lat po zakończeniu wojny i ponad 20 lat po traktacie „dwa plus cztery” ta kwestia reparacji jest z naszego punktu widzenia pod względem prawnym i politycznym zakończona”.

I podniosło się larum. Bo niby dlaczego Heiko Maas, odpowiadając na pytanie o reparacje, przywołuje traktat „dwa plus cztery”, w którym nie ma ani słowa o reparacjach, ale za to jest potwierdzenie granicy na Odrze i Nysie? Czyżby niemiecki minister groził Warszawie rewizją granic? Tylko dlaczego w takim razie powołuje się na ten dokument?

To teraz na spokojnie i po kolei 

Owszem, w traktacie „dwa plus cztery” nie pojawił się temat reparacji, ale kto choć raz w życiu przeczytał o kulisach negocjacji tego traktatu coś więcej niż notkę z Wikipedii, zdaje sobie sprawę, jak wyglądało zaangażowanie kanclerza Helmuta Kohla w uzależnienie uznania zachodniej granicy Polski od rezygnacji Polski z roszczeń reparacyjnych. Kohl na tyle bezczelnie sobie w tym temacie poczynał, że interweniowała strona amerykańska, a w niemieckim Bundestagu (wtenczas jeszcze w Bonn) na kilka miesięcy przed podpisaniem traktatu „dwa plus cztery” rozgorzała dyskusja o nieodpowiedzialności Kohla, który wyciągnął z historycznego lamusa kwestie reparacji, narażając na szwank naród niemiecki. Tak wtedy podchodzono do tej sprawy w niemieckim parlamencie. Ponieważ debata obrazuje atmosferę tamtego czasu i jak w soczewce ukazuje lęki niemieckich parlamentarzystów przed polskimi roszczeniami, zamieszczamy poniżej tłumaczenie najciekawszych fragmentów. Debata odbyła się 8 marca 1990 r., cztery miesiące po upadku muru berlińskiego i na 10 dni przed pierwszymi wolnymi wyborami w NRD. Traktat „dwa plus cztery” podpisano pół roku później.

Obrady dotyczyły wniosków złożonych przez kluby parlamentarne CDU/ CSU i koalicyjnej FDP, Zielonych i SPD. Wszystkie dotyczyły uznania granicy zachodniej Polski na Odrze i Nysie Łużyckiej. Na debatę czuwająca nad ich przebiegiem Rita Süssmuth przeznaczyła dwie godziny. I się zaczęło.

Pierwszy zabrał głos poseł CDU/CSU Wolfgang Bötsch:

„Ponad 44 lata od zakończenia II wojny światowej częścią procesu pojednania musi pozostać to, co obowiązywało 23 sierpnia 1953 r., czyli, że zrzeka się reparacji od Niemiec, a nie tylko od NRD, oraz w świetle rozumienia prawa międzynarodowego odszkodowań wojennych i roszczeń indywidualnych”.

Już sama wypowiedź wskazywała, że w CDU/CSU zdawano sobie podskórnie sprawę z tego, że kwestia reparacji wcale nie jest zamknięta.

Potem przemawiał Hans Jochen Vogel z SPD:

„Zgodnie z ustawą zasadniczą każdy kanclerz Niemiec jest zobowiązany do pomnażania korzyści narodu niemieckiego i na oddalanie od niego szkód. To rzadkość, by kanclerz Niemiec działał wbrew temu zobowiązaniu w takim stopniu, jak to uczynił w ostatnich dniach i tygodniach Helmut Kohl w temacie polskiej granicy zachodniej. Zawiódł pan zaufanie, które z takim trudem po II wojnie światowej budowali pana poprzednicy, od Konrada Adenauera po Willy’ego Brandta i Helmuta Schmidta. Bez żadnego rozsądnego powodu wywołał pan i postawił na politycznej agendzie temat niemieckich reparacji wojennych. Wbił pan nóż w plecy swojemu szefowi dyplomacji, który starał się stworzyć korzystną atmosferę dla procesu zjednoczeniowego i obciążył pan ten proces. Ale już zupełnie nieodpowiedzialne było to, że w ostatni piątek uzależnił pan uznanie polskiej granicy zachodniej od zrzeczenia się przez Polskę reparacji i zapewnienia praw mniejszości niemieckiej zamieszkałej w Polsce. Co na Boga skłoniło pana do podnoszenia tematu nowych, niemieckich reparacji? Czy pan w ogóle wie, o czym mówi? Jakie hasło przywołuje pan na cały świat i jaki lęk wzbudza zwłaszcza wśród Niemców z NRD, którzy już wypłacili wystarczająco dużo reparacji? Nie rozumie pan, że kiedy sam kanclerz Niemiec zaczyna mówić o niemieckich reparacjach, to może to zostać odebrane jako zaproszenie? A teraz pisze pan w swoim projekcie decyzji, co następuje: Rezygnacja Polski z reparacji wobec Niemiec z 23 sierpnia 1953 r. i wspólne oświadczenie premiera Mazowieckiego i kanclerza Helmuta Kohla z 14 listopada 1989 r. pozostają obowiązujące również dla zjednoczonych Niemiec”.

Źródło: Gazeta Polska Codziennie/ Niezalezna.pl

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ