„Pudelkowa lewica” i rozwrzeszczane aktywistki mają swoje pięć minut. Co się dzieje w Usnarzu Górnym?

Granicy nie było tu nigdy. W 1944 roku Usnarz Górny pozostał przy Polsce, Dolny znalazł się w ZSRS. Przed laty na malowniczo położonym wzgórzu stał dwór, ponoć dawni właściciele zostali wyzuci z majątku przez Rosjan po Powstaniu Styczniowym, za wspieranie insurgentów. Teraz pozostało tu kilka rozpadających się kamiennych stodół, a liche drewniane chatynki toną w malowniczej zieleni.

Wielka polityka zawitała do Usnarza Górnego w ubiegłym tygodniu. Najpierw pojawił się jeden telewizyjny wóz satelitarny, później kolejne. O wiosce zrobiło się głośno. Zaczęli się tu zjeżdżać politycy, lewicowi działacze i dziennikarze.

Po białoruskiej stronie granicy obóz rozbili imigranci. Zatrzymali ich funkcjonariusze Straży Granicznej, nie przepuszczając do Polski.

Media sprzyjające opozycji od początku grały na ckliwych nutach, apelując o okazanie serca biednym Afgańczykom (narodowości przybyszów nie udało się jednak potwierdzić z całą pewnością). Pojawili się działacze fundacji Ocalenie. Tłumaczki co i rusz przekazywały alarmistyczne komunikaty – że imigranci piją wodę z pobliskiej rzeczułki, że nie mają co jeść, są coraz bardziej chorzy. Coś zupełnie innego mówili mundurowi, którzy byli świadkami jak Białorusini dostarczają swoim gościom prowiant, napoje i papierosy.

Miejscowi już od kilku tygodni odczuwali, że nielegalnych imigrantów przechodzących przez zieloną granicę jest wielu. A to ktoś zaglądał i pukał do okien w Wołyńcach pod Kuźnicą, a to radny z nadgranicznych Nomik apelował do mieszkańców, by uważali na siebie, a o wszystkich obcych informowali Straż Graniczną. W zbożu znajdowano karty do telefonów komórkowych z białoruskimi napisami. Były też kurtki, buty, suchy prowiant od Łukaszenki… Gdzieś pod Krynkami imigranci chowali się w wysokiej kukurydzy. Wieczorem podjechały auta na niemieckich rejestracjach, przybysze znikali. 

To jednak na Usnarzu Górnym skupiła się cała uwaga mediów.

W zeszły czwartek poseł Lewicy z Katowic tak wzruszył się losem imigrantów, że przerzucił przez granicę kilka śpiworów. – To jawne złamanie przepisów, to jest po prostu przemyt – skomentował na gorąco jeden z funkcjonariuszy.

W weekend właściciel łąki, gdzie powstało małe miasteczko namiotowo-medialne wbił w ziemię tabliczkę z napisem mówiącym o tym, że wejście na jego nieruchomość jest surowo wzbronione. Szpaler strażników granicznych i żołnierzy przesunął się o kilkaset metrów. Aktywiści i dziennikarze przenieśli się na pobliską łąkę.

Namiotów z każdym dniem przybywało. Pojawili się ludzie, którzy lżyli mundurowych. Atmosferę podkręcało TVN. W niedzielę newsem w głównym wydaniu wiadomości stacji był obrazek imigrantów trzymających kartony na wysokich żerdziach – tak, aby można je było zobaczyć z daleka. Napisy głosiły, że cierpią, że chcą międzynarodowej ochrony. „We are dying!” („Umieramy”) – to brzmiało naprawdę poważnie.

Skoro są na Białorusi, to niech się nimi Łukaszenko zajmuje – powiedział nam rolnik spod pobliskich Krynek, który dziś zajrzał do Usnarza („miał po drodze”). – Kilkaset metrów stąd, w Usnarzu Dolnym, jest ruska strażnica, widać ją wyraźnie z drogi biegnącej wzdłuż granicy. Czy to przypadek, że ci ludzie znaleźli się w tym właśnie miejscu? – zapytał.

Wydawało się, że medialne manipulacje i parlamentarzyści płaczący do kamer, wzruszeni losem imigrantów wyczerpali już poziom obciachu. Wczoraj jednak pewien poseł KO z Poznania udowodnił, że coś może do tego dzbanuszka dorzucić. Chwycił torbę (miały być w niej leki i żywość) i ruszył pędem przez łąkę w kierunku koczowiska imigrantów, ścigając się z żołnierzami i funkcjonariuszami SG. Dziś stwierdził, że tego nie żałuje. Przyjechał pogrzać się w świetle reflektorów i kamer. Niektórzy witali posła jak gwiazdę,

Białorusini ściągnęli nad granicę ekipy telewizyjne. Można spodziewać się kolejnych propagandowych materiałów w reżimowej telewizji. 

W środę 25 sierpnia w Usnarzu Górnym rozbijały się kolejne namioty. Starszy człowiek z Gorzowa Wielkopolskiego (z napisem „Stąsiek Trans” na koszulce) dotarł tu częściowo pociągiem, częściowo rowerem. Stwierdził, że lubi po prostu być tam, gdzie coś się dzieje, na przykład na imprezach Owsiaka.

Po południu do aktywistek dołączyła Marta Lempart, liderka Strajku Kobiet. Kto jeszcze?

Miejscowi patrzą na całe to widowisko z lekkim zażenowaniem. Służby robią swoje, zmieniając się co pół godziny w szpalerze nad brzegiem szemrzącego strumyka kilkaset metrów od granicy…

Źródło: niezalezna.pl,

PODZIEL SIĘ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ