Katarzyna Meloch – holokaust zabrał jej wszystkich bliskich, a ona sama przeżyła dwa getta

Krajobraz życia w getcie był dla niej codziennością. Najpierw trafiła do enklawy w Białymstoku, a później do getta warszawskiego. Mimo to przetrwała. Jak sama o sobie mówiła była „w czepku urodzona”.

Na świat przyszła 7 maja 1932 r. w inteligenckim się domu Maksymiliana, który był historykiem specjalizującym się w tematyce powstańczej. Matka Wanda z domu Goldman była filologiem klasycznym i uczyła łaciny oraz greki. W wyniku procesu politycznego zmuszona była znaleźć pracę w biurze. Rodzina zamieszkiwała warszawska kamienicę przy Królewskiej 49, która po wybuchu II wojny światowej została zbombardowana i doszczętnie zniszczona. Rodzina udała się do Białegostoku. Po wkroczeniu wojsk niemieckich do miasta ojca wcielono do wojska sowieckiego.

W wyniku szerzących się nastrojów antyżydowskich aresztowano jej matkę, która prawdopodobnie została stracona w czasie pierwszych egzekucji na terenie Białegostoku. Mała Kasia została pod opieką gospodyni domowej. Wanda Meloch przeczuwając, że mogą przyjść po nią Niemcy, jak mantrę powtarzała córce, by ta w razie potrzeby szukała pomocy u jej brata Jacka w Warszawie i pamiętała o adresie „Elektoralna 12”.

Dziewczynka ostatecznie trafiła do białostockiego getta, do domu dziecka przy Częstochowskiej. Tam została pozostawiona sama sobie. Wiecznie głodna, chodziła bez celu ulicami miasta. Któregoś dnia podczas codziennej wędrówki spotkała przyjaciółkę jeszcze z czasów zamieszkiwania przy Królewskiej. Okazało się, że dziewczynka mieszkała z rodzicami naprzeciwko domu dziecka. Meloch stała się częstym gościem w domu, do którego zapraszano ją na obiady. Troską otoczyła ją również koleżanka matki z czasów, gdy obie uczyły w szkole.

Po półrocznym pobycie w białostockim getcie dzięki staraniom brata matki udało się wydostać stamtąd dziewczynkę, która zamieszkała u wujka przy Elektoralnej w warszawskim getcie. Tam opiekowała się nią babcia Michalina, dzięki której zyskała kolejne życie. Pewnego razu bowiem przy szpitalu Świętego Ducha zjawili się Niemcy. Babcia Katarzyny słysząc płacz dziecka wybiegła na ulicę. Po krótkiej rozmowie dała znak dziewczynce by ta uciekała, a sama została zabrana na Umschlagplatz. Udało się jej wrócić kolejnego dnia, gdyż była matką pracownika szpitala. Kto wie, czy gdyby zamiast niej zabrano Kasię, dziewczynka nie skończyłaby w Treblince.

Katarzynę udało się bezpiecznie wyprowadzić z getta dzięki pomocy „Żegoty”. Na „aryjską stronę” wyprowadziła ją pielęgniarka Szpitala Wolskiego, Barbara Wardzianaka, która wyszła z getta z dziewczynką za rękę zupełnie legalnie. Miała bowiem dokumenty, które upoważniały ją do swobodnego poruszania się po getcie, więc nie wzbudziła niczyich podejrzeń.

Meloch trafiła do zakładu dla dzieci w Turkowicach prowadzonym przez zakonnice, Siostry Służebniczki Najświętszej Marii Panny, które opiekowały się uratowanymi dziećmi z getta. Dziewczynka otrzymała nową tożsamość. Od teraz była Ireną Dąbrowską, która w rzeczywistości była starsza o rok. Życie dziecka, które straciło najbliższych wreszcie ustabilizowało się i szczęśliwie doczekało końca wojny.

Katarzyna Meloch po wojnie zamieszkała na Saskiej Kępie u żony wujka Jacka Goldmana. Studiowała filologię polską, poświęciła się pracy naukowej, którą później porzuciła dla publicystyki. Była współzałożycielką i działaczką Stowarzyszenia Dzieci Holokaustu. Zmarła 29 lipca 2021 r.

Pomimo życiowych trudności, których doświadczyła nie czuła żalu do losu, wręcz przeciwnie. Mówiła: „Mój wojenny życiorys jest historią ocalenia. Wobec nich – żyjących i umarłych – mam dług wdzięczności, dług nie do spłacenia.”.

Publikacja powstała dzięki wsparciu Fundacji KGHM Polska Miedź

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj