W dzień 37. rocznicy wprowadzenia stanu wojennego w Polsce rozmawiamy z Marią Dąbrowską: nie widziałam teczki i nie chcę wiedzieć

W przeddzień 37. rocznicy wprowadzenia stanu wojennego w Polsce rozmawiamy z Marią Dąbrowską, emerytowaną nauczycielką języka polskiego we Wrocławiu. Była wiceprzewodniczącą nauczycielskiej Solidarności i rzecznikiem prasowym Dolnośląskiej Solidarności Nauczycielskiej, także redaktorem gazetki „Edukacja”. Aresztowana dwa dni przed Wigilią 1981 roku, trzy tygodnie później wraz z innymi więźniami przewieziona do Gołdapi. Na wolność wyszła 12 czerwca.

Nieszablonowa nauczycielka mówią byli uczniowie. Kilka razy w roku jest zapraszana przez swoje klasy na spotkania a z wieloma uczniami zaprzyjaźniona. Z ostatniego klasowego zjazdu absolwentów Technikum Chemicznego przyniosła album.

To na jej lekcjach mówiliśmy o prawdziwej historii Polski. Umiała prowokować patriotyczne rozmowy realizując oficjalny program. O ważnych i przełomowych momentach dowiadywaliśmy się…mimochodem, mówi Wiktor rocznik ’51.

A pamiętacie, jak omawialiśmy rewolucję październikową i profesor Maria opowiedziała, jak rok wcześniej świętowała w swoim domu? Swoim znajomym wysłała zaproszenia na Uroczyste Obchody Rewolucji Październikowej z zaznaczeniem, że wpuszczony będzie tylko ten, kto je okaże przy wejściu. Na zaproszeniu była uwaga, iż każdy na tę okoliczność musi się stosownie ubrać. Zatem byli ludowi i sowieccy przebierańcy, według stanu i funkcji. Profesor przebrała się za Różę Luksemburg a jej tato – sędzia wojewódzki – był zwykłym żołdakiem, z poszarpanymi rękawami u marynarki, za dużych spodniach spiętych agrafkami i karabinem na sznurku. Jedli kaszę i ziemniaki w zbieranych od kogo się dało nadtłuczonych talerzach i metalowych misek. A picie mieli – jak na porządnych radzieckich przyjaciół przystało – w musztardówkach. Oczywiście do tego była puszczana odpowiednia muzyka, sami też śpiewali. Jak kończyła mówić o bezsensie politruckich ukazów, zorientowaliśmy się, że to była kolejna lekcja historii. To wtedy czytała nam Sołżenicyna, słuchaliśmy Wysockiego i Okudżawę, wspomina Jadwiga rocznik ’53.

Dzięki niej nauczyliśmy się widzieć szerzej, dopowiada Stanisław rocznik ’62.  Dzięki niej poznaliśmy historię teatru współczesnego i antycznego. Do tego kochała Tatry i organizowała obozy wędrowne. Tam nawiązaliśmy szczególną przyjaźń, której nie przekraczaliśmy w murach szkoły. Później niektórzy z nas byli przepytywani przez funkcjonariuszy w niebieskich mundurach, np. ile razy przynosiła nam gazetki, kto zajmował się rozprowadzaniem, a kto z nas pomaga jej w nielegalnej działalności. Po imieniu jesteśmy dopiero od 20 kilku lat.

Jej znajomi potwierdzają, Malina (tak zwracają się najbliżsi) była zawsze niepokorna wobec władzy komunistycznej. I młodzież demoralizowała, dopowiada przyjaciółka Krystyna Mazgis, o czym dowiedzieliśmy się kilka miesięcy przed wybuchem jaruzelskiej wojny, kiedy dyrektor szkoły budowlanej usunął ją za deprawację uczniów. A oni, rzeczywiście zajmowali się kolportowaniem ulotek!

Dwa lata temu pojechała pani do Warszawy. Prezydent Andrzej Duda wręczył Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski i Krzyż Wolności i Solidarności.

Przyjęłam oczywiście ale ciągle myślę, że byli godniejsi ode mnie. Pamiętam co mówił pan Prezydent i zgadzam się z nim, bo nie byłoby wolności, gdyby nie ofiara i, to, że stan wojenny był aktem antypolskim, aktem zdławienia tego, z czego dzisiaj jesteśmy dumni – Solidarności, był także aktem bandyckim, przeciwko społeczeństwu. To wszystko prawda.

Dzisiaj na murach więzienia przy ul. Kleczkowskiej pod tablicą pamiątkową, która została poświęcona wszystkim internowanym w stanie wojennym a przede wszystkim kobietom, zostaną złożone wieńce i kwiaty. Uroczystość przygotował wojewoda dolnośląski Paweł Hreniak.

Brałam udział w jej odsłonięciu pól roku temu ale tam mnie będzie. Dostałam wezwanie – dosłownie – do stawienia się w Warszawie. W byłym więzieniu mokotowskim, gdzie ostatnim politycznym więźniem był Jan Śpiewak a teraz jest Muzeum Żołnierzy Wyklętych i złożę cześć wszystkim ofiarom, ludziom dla których Bóg Honor Ojczyzna miało ogromne znaczenie.

Dziesiąty Pawilon, Pawilon Śledczy, dziedziniec i korytarz to są miejsca niewyobrażalnej kaźni. Trzeba o nich pamiętać.

Zanim była pani internowana, były przesłuchania, często namawiano do podpisania lojalki?

Trwało to aż trzy tygodnie, do czasu wywózki  do Gołdapi. Podpisze pani, że nie będzie prowadzić żadnej wrogiej działalności i pójdzie sobie do domu, mówili. A ja na to: to co robiłam i robię jest zgodne z moim sumieniem, nic złego nie robię a zwłaszcza wrogiej działalności. Rosjan uważam za wielkich ludzi, wielkiej kultury i serca. Uwielbiam Czajkowskiego, Jesienina, Okudżawę. Szkoda tylko, że nie wszyscy chcą ich poznać. – Pani działa przeciwko sobie, pani bicz sobie kręci, usłyszałam. To byli jedyni ludzie których nienawidziłam i to dodawało mi odwagi. A dzisiaj mam dystans, chociaż ciągle im się dziwię, że mogli być tacy okrutni. Mieli oczy bazyliszka, spojrzenie wwiercające się gdzieś w duszę człowieka. Straszni ludzie.

Wiele internowanych widziało swoje teczki w IPN, niektórzy zdziwili się, widząc, że donosili ci, po których by się nigdy nie spodziewali. Czy pani też się dziwiła?

Dla mnie to jest zamknięty rozdział. Nie widziałam teczki i nie chcę wiedzieć.

Artykuł powstał dzięki wsparciu programu „Dolny Śląsk Pamięta” przez Fundację KGHM