Odrzucam jakiekolwiek podejrzenia o rzekome polityczne motywacje przyświecające prokuratorom, którzy wzięli udział w konferencji
— mówi w rozmowie z portalem wPolityce.pl prokurator Marek Pasionek.
Marek Pyza, Marcin Wikło: – Po tym, gdy ogłosił pan, że prokuratura chce postawić nowe zarzuty rosyjskim kontrolerom lotów, pod waszym adresem posypały się uwagi, że jesteście bezradni, że powielacie pracę prokuratury wojskowej, która przecież też chciała uczynić podejrzanych z trzech Rosjan obecnych 10 kwietnia 2010 r. w tzw. wieży na Siewiernym.
Marek Pasionek, zastępca Prokuratora Krajowego nadzorujący śledztwa dotyczące katastrofy smoleńskiej: – Podobny jest tylko fakt, że w dalszym ciągu podejrzanymi są obywatele Federacji Rosyjskiej i że procedujemy według międzynarodowej konwencji o pomocy prawnej w sprawach karnych. Dlatego zgłaszamy się z wnioskiem do Rosji, by dopuściła do przesłuchania kontrolerów w charakterze podejrzanych. Zmianie uległa kwalifikacja prawna czynów im zarzucanych: płk. Pawłowi P. i mjr. Wiktorowi R. zostały rozszerzone zarzuty, a po raz pierwszy postawione ppłk. Nikołajowi K. Rzeczywiście ocena materiału dowodowego przez prokuraturę wojskową była inna, ale od tamtego czasu materiał dowodowy został rozszerzony o nowe opinie i zeznania świadków. Prokuratorzy Prokuratury Krajowej dokonali ponownej analizy, czego efektem jest ocena zachowania podejrzanych jako umyślnego spowodowania katastrofy w ruchu lotniczym, czego następstwem była śmierć 96 osób.
Na czym polegała ta umyślność?
Umyślność w zamiarze ewentualnym, a więc możliwość przewidywania popełniania przestępstwa i godzenia się na jego skutki. W tym przypadku polegała na podawaniu przez kontrolerów lotu nieprawdziwych i niewłaściwych informacji o rzeczywistym położeniu samolotu podczas zniżania – i to już w odległości 8 km od początku drogi startowej. Wysłuchując tych komunikatów piloci kontynuowali zniżanie, pomimo niekorzystnych warunków meteorologicznych, które obligowały – w myśl obowiązujących przepisów – do zamknięcia Siewiernego i skierowania samolotu na inne lotnisko.
Co ma Pan na myśli mówiąc o nowych dowodach?
Przede wszystkim opinię Biura Badań Kryminalistycznych Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Pierwotnie zleciliśmy jej przeprowadzenie badań fonoskopijnych i dokonanie tzw. identyfikacji indywidualnej, czyli przypisanie poszczególnym osobom w wieży konkretnych wypowiedzi. W trakcie pracy ekspertów okazało się jednak, że nie tylko uda się tego dokonać, ale też udało się odsłuchać nowe treści. Wzięto pod uwagę niepełne dotychczas wypowiedzi, całe zdania zamiast pojedynczych słów.
Co więc działo się na „wieży”? Co nowego wnoszą te odsłuchy?
Analiza tego materiału wskazuje, że kilka minut przed katastrofą doszło do nieprawidłowej pracy tzw. radiolokacyjnego systemu lądowania RSP. Innymi słowy – czasowo zanikał znacznik samolotu na radarze kontrolerów. Pomimo tego faktu kierownik lotów, jak i kierownik strefy lądowania, nie zrobili nic, by przerwać podejście do lądowania. Dalej wydawali komendy, które zezwalały na zniżanie i warunkowe próbne podejście do lądowania. Jeżeli dodamy do tego faktu wystąpienie niebezpiecznego zjawiska pogodowego, jakim była mgła, możemy ocenić daną sytuację i zachowania kontrolerów jako umyślne – w zamiarze ewentualnym – sprowadzenie katastrofy w ruchu powietrznym. Mając na uwadze te okoliczności, trzeba dojść do wniosku, że wszyscy oni musieli mieć świadomość tego, że dalsze sprowadzanie samolotów w takich warunkach prowadzi do nieuchronnego nastąpienia katastrofy. I z tymi konsekwencjami się godzili. Warto podkreślić, że wszystkie informacje i komendy, jakie były przekazywane załodze od ósmego kilometra, były nieprawdziwe względem rzeczywistego położenia samolotu w przestrzeni.
To akurat nie jest nowa informacja. Wiedzieliśmy, że kontrolerzy okłamywali polskich pilotów, choć powinni być ich oczami, którym załoga ufa bezgranicznie. O ile rozumiemy, nowością jest potwierdzenie, że ten radiolokator był zepsuty? Tego właśnie dotyczą nowo odczytane fragmenty?
Klimat w całej ostatniej fazie lotu jest nerwowy. Rosjanie wymieniają między sobą uwagi, słychać wyraźne zdenerwowanie. A bierze się ono stąd, że nie mają kontaktu wzrokowego z samolotem i nie widzą go na monitorze. Przypominam: to byli bardzo doświadczeni żołnierze – może poza majorem Wiktorem R. Nikołaj K., który kierował w tym pomieszczeniu lotami, wydając polecenia kierownikowi lotów, był świadom wszystkich okoliczności. W przeszłości był przecież związany z lotnictwem, dowódcą tego lotniska w Smoleńsku Północnym. Musiał przewidywać, że dalsze sprowadzanie samolotu sprowadzi katastrofę. Zachowanie Nikołaja K. w ocenie prokuratorów – i słusznie – zostało ocenione jako pomocnictwo do zaistnienia katastrofy.
Czy może pan ujawnić jakieś nowo odczytane fragmenty, aby dowieść podstaw do stawiania tak poważnych zarzutów?
Na tym etapie nie mogę tego zrobić. Przyjdzie na to czas. Myślę, że właściwym momentem będzie chwila, gdy poznamy decyzję władz organów Federacji Rosyjskiej dotyczących naszej odezwy. Bierzemy pod uwagę, że odpowiedź będzie odmowna – wtedy najprawdopodobniej podejmiemy decyzję o upublicznieniu tych stenogramów.
To może choć opisze pan, co tam się dzieje w kluczowych momentach? Jest wyartykułowane przyznanie, że radiolokator nie działa?
Mogę powiedzieć tylko tyle, że jest obecna cała trójka, oglądają ten monitor i mają pełną świadomość, że od czasu do czasu znacznik samolotu zanika, jest niewidoczny. A zatem na jego podstawie nie było możliwe podanie precyzyjnego komunikatu o położeniu samolotu na ścieżce zniżania. Nie mieli kontaktu wzrokowego, nie mieli radaru. Ich komunikaty musiały wprowadzać załogę w błąd.
A może była to ledwie chwila usterki radiolokatora?
Nie, to nie był jeden moment. Taka sytuacja zaistniała kilka minut przed tragedią. I trwała do końca, co zresztą wzbudzało nerwowość wśród kontrolerów. A mimo to sprowadzali samolot do samego końca. Komenda odejścia na drugi krąg była spóźniona.
Doprecyzujmy jeszcze kwestię tych nowych odczytów zapisów z wieży. Przez lata byliśmy zaskakiwani kolejnymi opiniami fonoskopijnymi. Każdej instytucji, która zajmowała się nagraniami z rejestratorów, udawało się odczytać więcej niż poprzednikom. Czy może pan powiedzieć, co zdecydowało o tym, że ABW uszczegółowiła odczyt kopii zapisu z magnetofonu, który znajdował się na smoleńskiej wieży?
Trudno mi mówić o szczegółach technicznych, bo nie jestem biegłym w tym zakresie. Natomiast na pewno należy pamiętać, że w miarę upływu czasu techniki badań fonoskopijnych są doskonalone. Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego zastosowała takie, które pozwoliły na bardziej precyzyjne odszumienie tych nagrań. Zaangażowano też rosyjskojęzycznego eksperta, który odczytał znacznie więcej treści niż udało się to biegłym z Instytutu Ekspertyz Sądowych im. Sehna – to żaden kamyczek do ich ogródka, ale jest naturalne, że w ciągu tych kilku lat metody tego typu badań zostały ulepszone.
Wierzy pan, że uda się postawić kontrolerom zarzuty? Przecież Rosja zrobi wszystko, by uniknąć pociągania do odpowiedzialności swoich obywateli. Czy warto się o to bić?
Spotkałem się z takimi komentarzami i mogę tylko ubolewać, że tak są interpretowane nasze działania. Gdybyśmy zrezygnowali ze stawiania tych zarzutów, bylibyśmy na bakier z polskim prawem. Ono wyraźnie mówi, że w przypadku zgromadzenia materiału dowodowego dowodzącego przestępstwa, trzeba sporządzić postanowienie o przedstawieniu zarzutów, ogłosić je podejrzanemu i przesłuchać go w charakterze podejrzanego. W tym przypadku nie wiemy, gdzie podejrzani przebywają – korzystamy więc z jedynej drogi, jaką przewidują przepisy: ślemy odezwę do Rosji, w której postulujemy przesłuchanie ich, postawienie zarzutów, z dodatkowym postulatem, by polscy prokuratorzy mogli być obecni przy tym przesłuchaniu.
Czyli inaczej niż w 2015 r. prokuratorzy wojskowi, którzy prosili Rosjan o przysłanie kontrolerów do Warszawy, gdzie mieli usłyszeć zarzuty.
Tak – wcześniej Rosjanie otrzymali wniosek o stawiennictwo kontrolerów w Woskowej Prokuratorze Okręgowej w Warszawie, gdzie zamierzano przedstawić im zarzuty. Różnica między tym działaniem a naszym jest zasadnicza. Nie mnie oceniać, czy przed dwoma laty można było skorzystać z innej formuły, ale tamta wydaje mi się nieco karkołomna. Trudno mi wyobrazić sobie stawiennictwo u nas obywateli obcego państwa i przesłuchiwanie ich w charakterze podejrzanych na naszym terenie.
Niewykluczone, że Moskwa na obecny wniosek zareaguje podobnie. Ich komunikat znów może brzmieć: „nie ma mowy”. Ale to nic nowego. Na dobrą współpracę i przychylność Rosjan nie za bardzo możemy liczyć – ostatnich 7 lat doskonale nas tego nauczyło.
Partner jest trudny, to jasne. Co więcej, słyszałem już pierwsze komentarze przedstawicieli Kremla, którzy w ogóle nie dopuszczają myśli, że w tej katastrofie jakąkolwiek winę można byłoby przypisać rosyjskim kontrolerom. Ale my prowadzimy własne śledztwo, zbieramy materiał dowodowy i my go oceniamy. Rosjanie mają prawo do własnej oceny i konsekwentnie wskazują na winę polskich pilotów. Temu wątkowi i my się przyglądamy, ale przecież nie możemy tracić z pola widzenia ostatnich minut lotu i fazy sprowadzania TU-154M na ziemię. A tu był czynny udział kontrolerów. I to taki udział, który stał się powodem do sformułowania zarzutów.
Można domniemywać, że Rosjanie ten materiał dowodowy znają lepiej od was.
Oczywiście. Tym bardziej, że to materiał w znacznej części pozyskany za ich pośrednictwem, oni decydują o tym, co nam przekażą i kiedy.
…a co im zniknie. Jak taśma wideo ze smoleńskiej wieży, która najpierw miała istnieć, by później się zdematerializować. W ten sposób straciliśmy obrazowy dowód na to, jak działał radiolokator na Siewiernym.
To byłby dowód niezależny od tego, jak odczytujemy nagrania głosowe. Wiedzielibyśmy też więcej o zachowaniu kontrolerów, co widzieli na monitorze, albo raczej czego nie widzieli. Niestety, tego najbardziej obiektywnego dowodu nie ma. Nie zostaliśmy także dopuszczeni do oblotu lotniska. Rosjanie nie przekazali nam procedur obowiązujących na Siewiernym, zasłaniając się paragrafem prawa międzynarodowego pozwalającym na odmowę, gdyby miało to zagrozić ujawnieniem tajemnic związanych z bezpieczeństwem państwa. Szkoda.
Po poniedziałkowej konferencji zarzuca się prokuraturze także to, że przypisując sprawstwo kontrolerom, przeczycie innej hipotezie o ewentualnym wybuchu. Czy to rzeczywiście wersje wykluczające się?
Nie rozumiem tych komentarzy. Jak domniemywam one są wygłaszane przez laików. Dla każdego prokuratora jest jasne, że postępowanie przygotowawcze jest czynnością bardzo dynamiczną. Zbiera się w nim dowody, na bieżąco je analizuje i wyciąga wnioski. Obecne stanowisko prokuratury jest tego przykładem – po analizie zmieniono np. zarzuty dla kontrolerów. Nie zmienia to w żadnym stopniu tego, że do tej chwili nie zweryfikowano w sposób jednoznaczny innych hipotez przyjętych we wstępnej fazie. Jedną z nich jest udział osób trzecich, publicystycznie nazywany „zamachem”. W dalszym ciągu prowadzimy czynności zmierzające do weryfikacji tej wersji. Pozyskanie do współpracy czterech czołowych europejskich laboratoriów kryminalistycznych jest właśnie realizacją czynności procesowych zaplanowanych w tym wątku. Nie przekazaliśmy jeszcze tym laboratoriom próbek pobranych w śledztwie, ale niebawem to uczynimy i będziemy oczekiwać ich opinii. Podkreślam, że dla naszych zagranicznych partnerów warunkiem zasadniczym jest naukowy proces badawczy bez jakichkolwiek założeń i uprzedzeń.
Upraszczając: mają oni definitywnie stwierdzić, czy na próbkach znajdują się ślady materiałów wybuchowych. Bez orzekania o ich pochodzeniu czy wyciągania jakichkolwiek innych wniosków
Dokładnie tak. Tylko tyle i aż tyle. A przypomnę, że chodzi o próbki pobrane w trakcie sekcji zwłok wykonywanych w ramach trwającego śledztwa, a także zabezpieczonych wcześniej przez polskich prokuratorów w Smoleńsku. Gdy uzyskamy tego rodzaju opinię, prokuratorzy nie wykluczają zmodyfikowania dotychczasowego stanowiska. To jest istota dynamicznego śledztwa.
Czyli umyślne, niewłaściwe działanie kontrolerów nie wyklucza hipotezy związanej z wybuchem?
Na obecnym etapie śledztwa oczywiście nie. Każda z przyjętych na wstępie wersji śledczych w dalszym ciągu jest analizowana i do każdej z nich w decyzji merytorycznej kończącej postępowanie prokuratorzy na pewno będą się odnosić.
Nie żałuje pan, że zorganizowaliście tę konferencję prasową w takim terminie? Wystawiliście się na zarzuty, że było to motywowane politycznie, by „podgrzać atmosferę” przed kolejną rocznicą.
Absolutnie nie żałuję. Odrzucam jakiekolwiek podejrzenia o rzekome polityczne motywacje przyświecające prokuratorom, którzy wzięli udział w konferencji. W swoim krótkim słowie wstępnym podkreśliłem, że uznaliśmy, iż ta data będzie właściwa dla przekazania opinii publicznej efektów rocznej pracy – ten rok minął dokładnie 4 kwietnia. A wszelkie pomijanie, umniejszanie wagi umiędzynarodowienia śledztwa, albo wręcz próby jego obśmiania wydają mi się bardzo dziwne. Newralgiczne, podstawowe czynności procesowe – a za takie uznaliśmy sekcje zwłok i badania fizykochemiczne na obecność materiałów wybuchowych (to był najbardziej kontrowersyjny, zapalny punkt sporów, które toczyły się wokół dotychczasowego śledztwa) – przekazaliśmy w ręce renomowanych, światowych autorytetów. Nie wyobrażam sobie bardziej korzystnej sytuacji. Takie grono eksperckie powinno pomóc zobiektywizować te ustalenia, pozbawiając je kontekstu politycznego czy ideologicznego, a skierować na stricte naukowe tory.
Postawienie zarzutów kontrolerom w publicystyce nazywane jest ciosem w Antoniego Macierewicza. Z argumentem: skoro umyśle naprowadzanie na katastrofę, to nie wybuchy, o których tyle razy mówił obecny minister obrony. Jak wygląda współpraca z podkomisją powołaną przy MON?
Współpraca była, jest i będzie. Jest niezbędna. Przypomnę jednak, że mamy dwa niezależne od siebie podmioty, które prowadzą niezależne od siebie postępowania, czynią niezależne od siebie ustalenia. Działają bowiem w odrębnych, niezależnych od siebie reżimach prawnych. Co oczywiście nie wyklucza współpracy, wymiany poglądów czy materiałów. I to się dzieje. Ilekroć jest taka potrzeba, do takiej współpracy dochodzi. Przypomnę: eksperci podkomisji w zakresie medycyny sądowej uczestniczą w sekcjach zwłok realizowanych przez prokuraturę. Również w kwestii badań fizykochemicznych skorzystamy z pewnych wskazówek ekspertów podkomisji. Natomiast odnosić się do tych publicystycznych opinii nie czuję ani obowiązku ani potrzeby. Podkreślę jedynie jeszcze raz: z punktu widzenia prawa karnego nic się na obecnym etapie nie wyklucza. Przedstawione kontrolerom zarzuty odzwierciedlają stan dowodowy tej sprawy na dzień dzisiejszy. W pozostałym zakresie zaplanowaliśmy i będziemy prowadzić czynności procesowe, których efekty również będą na bieżąco oceniane. Jeżeli w ich wyniku zostanie pozyskany materiał dowodowy, który będzie nakazywał modyfikację dotychczasowego stanowiska, prokuratorzy niewątpliwie ją podejmą.
A nie boi się pan, że Trybunał Konstytucyjny albo sąd zatrzyma wam ekshumacje? A przynajmniej ich część dotyczącą ciał ofiar, których rodziny protestują?
Ta sytuacja jest mi znana. Prokuratura niezmiennie stoi na stanowisku, że obowiązkiem prokuratorów było przeprowadzenie sekcji zwłok – tak stanowi przepis. W naszej ocenie kodeks postępowania karnego nie daje możliwości złożenia zażalenia na decyzję prokuratora. Nie znamy jeszcze argumentów Sądu Okręgowego – bo rozumiem, że do tego pan nawiązuje – ale na pewno, gdy otrzymamy je na piśmie, zajmiemy stanowisko i przekażemy Trybunałowi Konstytucyjnemu.
Sąd zapowiedział, że będzie apelował do prokuratury, aby przynajmniej odłożyła na koniec ekshumacje tych ofiar, których bliscy się na nie nie godzą.
Musimy zapoznać się z argumentacją sądu. W tej chwili jakiekolwiek ustosunkowanie się do niej byłoby z naszej strony przedwczesne. Nie chcę przesądzać jakiegokolwiek kierunku naszej odpowiedzi.
źródło: wpolityce.pl















