Dostrzegam dobre chęci u kierownictwa resortu i kilka trafnych decyzji, a z drugiej strony pewien chaos w tym, co jest realizowane.(…)Nie chcę tutaj twierdzić, że sprawa Misiewicza to jakiś wielki problem dla armii. Prawdziwy problem leży w innym miejscu.
— mówi w rozmowie z portalem wPolityce.pl prof. Romuald Szeremietiew, były wiceminister obrony narodowej.
wPolityce.pl: Czy sprawa Bartłomieja Misiewicza ma jakiś wpływ na polską armię? Czy ten młody, niedoświadczony człowiek mógł rzeczywiście wpływać na kształt wojska?
Romuald Szeremietiew: Ten „młody człowiek” sam się przecież nie mianował i nie spadł z nieba. Musiał być ktoś, kto go mianował na te wszystkie kolejne funkcje i co gorsza, ten ktoś najwyraźniej nie miał wpływu jak się pan Bartłomiej zachowuje.
Rozumiem, że Antoni Macierewicz powinien mieć na zachowanie Misiewicza jakiś wpływ?
Zawsze jest tak, że osoba starsza zwraca uwagę młodszej co do sposobu zachowania i może po prostu powiedzieć jej: „w ten sposób się nie zachowuj”. Może nie zwracano mu uwagi, a Misiewicz brnął w te wszystkie bzdury. Moim zdaniem problem jest więc o wiele poważniejszy niż sam Misiewicz.
Ale mam nieodparte wrażenie, że polska armia nie żyje sprawą Misiewicza. To interesuje raczej media.
I tak i nie. Nie chcę tutaj twierdzić, że sprawa Misiewicza to jakiś wielki problem dla armii. Prawdziwy problem leży w innym miejscu. Pragnę zwrócić uwagę na fakt, który nie jest znany osobom, które nie służyły nigdy w armii. Wojsko to także pewien wewnętrzny obyczaj i pewne formy zachowań. Jest coś, co się w kategoriach żołnierskich opisuje jako „honor munduru”. W mojej praktyce miałem także sytuację, że zwalniałem ze stanowiska i wysyłałem do cywila oficera w stopniu pułkownika. Między nami był bardzo ostry konflikt. Kiedy przyszedł moment, że ten oficer miał odejść, to zorganizowałem spotkanie całości kadry departamentu, w którym on służył. Zarządziłem, że wszyscy mają przyjść w mundurach i miałem w ręku szablę, którą wręczyłem temu oficerowi, mówiąc, że szanuję jego służbę i że jest żołnierzem wojska polskiego. Sam przyznał, że przychodząc na to spotkanie chciał mi naubliżać, a skończyło się tym, że podziękował mi za tę galową formę. Tymczasem słyszę dziś o oficerze w stopniu pułkownika na etacie generalskim, który zwalniany jest w taki sposób, że wzywają go do departamentu kadr i na korytarzu jakiś kapitan, czy major, wręcza mu decyzję o zwolnieniu. Ja nie mówię, że ktoś to robi celowo. Może nie zna się na pewnych regułach i obyczajach żołnierskich, które należy przestrzegać. Moim zdaniem, to co bardzo zabolało wielu żołnierzy, to fakt, że oficerowie meldowali i salutowali Misiewiczowi. Ci żołnierze robili to wiedząc, że taka jest wola przełożonych, ale zaręczam, że czuli się podle.
A jak pan ocenia to wszystko, poza kwestią personalną, co dzieje się dziś w polskiej armii. Czy możemy przekreślić pozytywne zmiany w wojsku?
Trudno jest mi do końca powiedzieć, co już rzeczywiście zrobiono. Ta ekipa będzie przecież jeszcze zmieniała armię. Sprawa Misiewicza nie przekreśla przecież dokonań całego kierownictwa MON. Ja stawiam taki zarzut, że niesporo idzie resortowi opracowanie nowej strategii obrony narodowej, a ta jest nam niezbędnie potrzebna. Nie ma co nawiązywać do tego, co otrzymaliśmy w spadku po poprzedniej ekipie. Należy podjąć właściwe decyzje co do struktury obrony terytorialnej, jaki powinien być cykl szkoleń, jaką broń wprowadzamy. Wiadomo, że nie mamy pieniędzy na wszystko. Powstaje pytanie co najpierw. Będzie to wynikało właśnie z wymienionej strategii obrony. Jeżeli tej strategii nie mamy, to może się uda, że trafimy z zakupami, ale niekoniecznie. Tu jest cały problem. Ja dostrzegam dobre chęci u kierownictwa resortu i kilka trafnych decyzji, a z drugiej strony pewien chaos w tym, co jest realizowane. Tu przytoczę sprawę śmigłowców plus zakup samolotów vipowskich. Takie sytuacje nie powinny mieć miejsca.
A może mamy problem z polityką informacyjną, z PR?
Jest powiedzenie o tym, że „kiepskiej baletnicy przeszkadza…”. Może rzeczywiście jest problem z polityką informacyjną, za którą odpowiadał przecież pan Misiewicz. Teraz pytanie jak sobie z tym poradzi pani major. Na razie nie dała się nacieszyć dziennikarzom swoją osobą.
Wspominał pan o samolotach VIP. Wczoraj w sprawie katastrofy smoleńskiej zeznawał Radosław Sikorski. Na każdym kroku podkreślał, że lot nie miał charakteru wojskowego. Posunął się też do tego, że nazwał ten lot „pielgrzymką”. Trzeba przyznać, że ta wypowiedź miała znamiona szokującej prowokacji.
Ma pan rację. Przypominam, że lot wykonywał samolot sił powietrznych Rzeczypospolitej Polskiej. Samolot pilotowali piloci – oficerowie sił powietrznych. Konstrukcja myślowa, że leciał nie wiadomo kto i nie wiadomo po co, jest obraźliwa dla osoby, która posługuje się elementarną logiką.
To także szokujące w kontekście faktu, że Sikorski piastował ważne stanowiska w Ministerstwie Obrony. Jak to świadczy o Sikorskim? Chodzi o kolejną prowokację? A może o zamydlenie tego, co naprawdę się stało?
W tym człowieku dokonała się jakąś głęboka ewolucja. Był okres, kiedy byliśmy razem w MON, w 1992 roku. Nie układała mi się wtedy z nim współpraca i uzgodniłem z premierem Olszewskim, by został zwolniony z MON. Już wtedy widziałem, że nie daje sobie rady z tą funkcją. Potem wydawało mi się, że Sikorski utrzymuje się w tym antykomunistycznym nurcie. Potem stało się, co się stało i znalazł się w Platformie Obywatelskiej.
Koniunkturalizm polityczny?
To jest człowiek bardzo ambitny. Może te jego ambicje zostały niezaspokojone lub urażone, a może uznał, że ma rację, a z PiS nie był w stanie tego realizować i przeszedł do PO. Tego nie wiem.
źródło:wpolityce.pl
















